Chyba każdy fan piłki nożnej zgodzi się ze mną, że nie ma nic ciekawszego podczas wakacji niż mecz o stawkę. Po pucharze konfederacji spotkania towarzyskie tylko nakręcają kibica. Zwłaszcza jeśli są w efektownym stylu wygrywane (czyt. okres przygotowawczy Liverpoolu) . Nie chce jednak nudzić Was pisaniem o Premier League, choć na temat tej ligi można rozmawiać godzinami, dniami i nocami, a że są wakacje – nawet powinno się o niej przypomnieć.Tak więc słowem przypomnienia – jeszcze kilka tygodni i rusza najlepsza liga świata.

Przyznam się szczerze, że kiedyś oglądałem więcej spotkań innych lig, ale z powodu braku czasu i załatwiania innych spraw poprzestałem tylko na angielskich boiskach i od czasu do czasu na europejskich. Tu jednak jest taki problem, że co oglądam jakieś spotkanie, to od razu włącza się tęsknota… tęsknota za Liverpoolem, bo ten klub jest zbyt mocny aby tam nie występować. Pogodziłem się jednak z tym i obiecałem sobie, że nie będę już lamentował nad zaistniałą sytuacją. Na dłuższą metę to nie ma sensu, a poza tym za rok tam wrócimy. W sobotę (inną niż te podczas sezonu) postanowiłem usiąść i wygodnie się rozłożyć, a delektując się zimnym napojem odpalić Eurosport2. W sumie powiem szczerze, że nie dowiedziałbym się o Superpucharze Niemiec gdyby nie Facebook i posty o tym, jak to pewien zawodnik będzie chciał uciszyć krytyków. Mowa oczywiście o Lewandowskim (no bo o kim innym?) . Nie chciałem jednak psuć sobie nastroju czytaniem informacji o tym, jaki to on nie jest świetny i że jego transfer do Bayernu już jest niemożliwy (ja się pytam kiedy był?!) . Zawsze lubiłem oglądać BVB, a było to w czasach kiedy stadion nie nazywał się jeszcze Signal Ilduna Park, a w kadrze grał inny Polak – Smolarek. Doskonale pamiętam kontuzję Kollera i znakomite zastąpienie napastnika przez naszego jeszcze wtedy reprezentanta. To było coś! Kolejny raz polski zawodnik pokazał, że potrafi zawładnąć niemiecką ligą. Przypomnienia warci są jeszcze Krzynówek czy też Juskowiak. Jest jednak coś co różni tą dwójkę od trójki z Dortmundu.

Media są integralną częścią sportu a zwłaszcza piłki nożnej. Muszą przecież pisać o piłkarzach, nowych transferach klubowych czy też o jakiejkolwiek aferze. W końcu to się najlepiej sprzedaje. Podczas ostatniego roku doszedłem do wniosku, że w Polsce sprzedały się jednak wszystkie… media. O trójce polaków było można przeczytać wszędzie, nawet na portalach nie związanych z futbolem. O Lewandowskim głośno tak naprawdę stało się dopiero po strzeleniu czterech bramek Realowi… a krytycy wciąż wypominają słabą grę w kadrze, no jak tak można.
Umówmy się – tak, to jest nasz rodak. Tak, to jest strzelający napastnik. Tak, gra w pierwszym składzie, ale nigdy, nigdy i jeszcze raz nigdy nie można zapominać o pozostałych piłkarzach klubu! Gdyby jakikolwiek polski „obiektywny” dziennikarz zwrócił uwagę na styl gry jaki preferuje Klopp, na jego pomocników, obrońców, zauważyłby dlaczego Lewy ma tyle goli ile ma. Cała drużyna opiera się na znakomitym zgraniu, komunikacji i przede wszystkim jednym – podaniach. Można delektować się grą BVB, to prawda, ale co słyszę, że Lewy jest jednym z najlepszych napastników w Europie to mam ochotę wyłączyć TV. I nie żałuję, że przegapiłem 12 spotkań Bundesligi. Przypomnieć chciałbym jednak, że w finale LM gola nie zdobył, a okrzyku radości nie było słychać… TVP powinno się wstydzić.

Lewandowski stał się Bogiem wielu kibiców. Oczywiście, macie prawo mu kibicować, ale nie macie prawa mówić, że dzięki niemu Borussia osiągnęła to, co osiągnęła. Wielu fanom popsuje teraz nastrój, ale przypominam, że kilka lat temu klub był w poważnych tarapatach. Miał długi i piłkarze nie byli chętni tam grać. Klopp jednak zrobił coś niesamowitego i przywrócił dawny blask klubowi. To jest właśnie magia piłki nożnej.

Powstrzymuje się często od złości, gdy czytam nagłówki newsów – „Polacy wygrali”. Przypomnę, że niedawno nikt nie chciał kibicować Niemcom… wyzywamy ich dziennie, mamy pretensje o przeszłość. Nie udawajmy więc Greków… nie podlizujmy się za bardzo i nie przywłaszczajmy sobie ich drużyn. To nie jest Polska Borussia. To jest niemiecki klub. I co jak co, ale czcić go nie będę. Choć wielu ludzi nakazuje…

Zostawmy już BVB. Przejdźmy do rywala. Bayern. Bardzo głośno było już o tej drużynie rok temu, kiedy w fatalnych okolicznościach przegrali w finale LM. Pokazali jednak, że wciąż są tą samą, ba, nawet lepszą drużyną i wrócili po swoje – tym razem skutecznie. Zdobycie trofea Champions League pokazało, że dzień dzisiejszy nie ma mocniejszego klubu od nich. Pokazali miejsce Barcelonie, Juventusowi i kilku innym dobrym klubom. Zakończyli sezon w kapitalny sposób no i wisienką na torcie – strzelili gola w samej końcówce meczu. Chcąc nie chcąc, musicie to przyznać -  na tym polega piękno meczów. Emocje do samego końca.

Oczywiście od samego początku wakacji głośno było o hucznych transferach, a jak się okazało zbyt wielu ich nie było i nie będzie. Przejście Guardioli spowodowało, że było o czym pisać no i oczywiście o czym przeczytać. Szkółka z Katalonii już powędrowała do Niemczech, a tak szczerze, to Bawarczycy i bez tego radzili sobie świetnie. Komentarze o tym, jaki to mocny skład otrzymał Pepe już na starcie nie mają sensu. Ten klub wygrał ostatnio wszystko co mógł, więc to logiczne, że nowy manager dostanie solidny zespół. W Barcelonie Guardiola miał pewne problemy, ale wyszedł z nich zwycięsko. Stworzył dzieło sztuki, które dla wielu było inspiracją, a komentatorzy mieli na co się s…. (wiadomo co).
Dziś tego samego oczekuje się od Bayernu Guardioli. Przypomnę, że wielu fanów, którzy od niedawna kibicują tej drużynie i już obrali sobie nierealne transfery, i zapomnieli wyłączyć gier komputerowych musi zrozumieć jedno – ich klub nie będzie drugą Barcą. Zresztą nie chciałbym, po co znowu oglądać męczące 85% podań do nogi, niekończące się wycofania z piłką… żeby przegrać 4:0? Guardiola doskonale wie, co należy zrobić żeby klub nie przestał zwyciężać, ale wciąż królował. Obronienie LM będzie trudne, zwłaszcza po takim początku.

O tak. Wróciłem nareszcie do meczu. Sam w sobie był emocjonujący, ale dla Bayernu, niestety przegrany. Media chciały błogosławić Monachijczyków za pokonanie Barcelony (już zapominacie jak ją kochaliście?) ale nie mogły. Właściwie dla nich ten mecz to sytuacja win-win, bo w końcu wygrała Polska. Nie widziałem w tym meczu żadnej tiki-taki (nienawidzę tego określenia), gra wyglądała jako-tako i powiem Wam jedno – tak wygląda klub w przebudowie. Piłkarze muszą poznać zasadny nowego trenera, jego myśl będzie inna niż poprzednika, a jak ktoś nie jest cierpliwy, to może mieć problem… mimo to Bayernu też nie będę wielbił dlatego, że wygrał wszystko w zeszłym sezonie. Po prostu prawdziwy kibic kocha klub zawsze, w momencie porażek i zwycięstw. Podczas złych chwil jest ciężko, to oczywiste, ale klubu się nie zostawia. Zobaczymy co będzie za rok…

Nie chciałbym być źle zrozumiany. Kocham futbol. Uwielbiam oglądać mecze, ale rzygam już nagonką mediów za klubami, które osiągają sukcesy na jeden dzień. City, Chelsea? Teraz Borussia, Bayern, niedawno Barcelona. Zmieniacie źródło informacji jak rękawiczki, a najgorsze, że tym samym wychowujecie pokolenia fanów – sezonowców, którzy krzyczą później Moyes Out po przegranym sparingu. Wiecie co naprawdę kochają prawdziwi fani? Dobre, szybkie, z bramkami. Takie mecze są fajne. Przyjemnie ogląda się spotkanie na wysokim poziomie okraszone dwoma, trzema bramkami. To jest nasze życie. Media stworzyły obiekty kultu i tak jak kiedyś każdy wręcz musiał kibicować Barcelonie, tak dziś za powiedzenie złego słowa o Lewym można dostać w twarz. Apeluje też do innych fanów. Mam swój ulubiony klub – nie narzucam wam tego, że macie mu kibicować. Wy nie każcie mi wspierać wasze kluby. Sport to dla wielu religia. Ale o jedno proszę – ateiści, którzy mogą chłodno popatrzeć na wszystko i do wszystkiego podejść z dialogiem są naprawdę nad Wami. Czemu? Bo za kilka lat wasi Bożkowie mogą zniknąć. I komu wtedy będzie kibicować? Liverpoolowi?