Wszyscy widząc regres Manchesteru United w tym sezonie śmieją się z ich ligowych poczynań oraz zgodnie twierdzą, że kampania dla nich w tym momencie już się skończyła i jedyne o co mogą walczyć to Liga Europy. Takie komentarze słyszy się coraz częściej po słabych rezultatach, przegranych bądź zremisowanych meczach w lidze. Co się tak naprawdę stało? Czy jedna, personalna zmiana mogła tak diametralnie odwrócić sytuację o 180 stopni? Moyes wydawał się być odpowiedzialną osobą (nie dla mnie) i póki co nie sprawdza się w roli następcy Fergusona. Czy jednak jest tak źle?

W zeszłym sezonie Czerwone Diabły w ciągu dokładnie 26 kolejek, czyli tylu ile aktualnie rozegrano walczyły o mistrzostwo kraju oraz dzielnie biły się na kilku frontach. W tym już praktycznie mają iluzoryczne szanse na powrót do czołowej czwórki a rywale ani myślą o straconych punktach.

 

 

 

Jak można łatwo zaobserwować, United strzeliło 62 bramki, straciło równo połowę z tego. Stworzyło dokładnie 300 sytuacji strzeleckich oaz utrzymywało na dobrym poziomie posiadanie piłki oraz celność podań. Nawet strzelenie nie wychodziło im tak źle, bo właściwie lekko ponad połowa strzałów trafiała w światło bramki. Jak jest aktualnie?

 

 

Mniej strzelonych bramek, tyle samo straconych. Zmalała aż o 32 oczka liczba stworzonych sytuacji, a celność strzałów także osłabła. Warte przypomnienia jest to, że ekipa z Manchesteru w przednich formacjach nie zrobiła praktycznie żadnych zmian kadrowych, dodatkowo nawet wpuszczając na boisko Januzaja powinna przednie formacje wzmocnić. Póki co się nie udało.

W zeszłorocznej kampanii wielki wpływ w tworzeniu oraz wykończeniu akcji ofensywnych mieli Rooney oraz Ashley Young. W tej edycji Premier League (ciągle mówimy o 26 kolejkach w obu sezonach) także i oni spisują się słabiej. Oczywiście można powiedzieć, że sezon jeszcze trwa, lecz liczby nie kłamią.

Rooney przede wszystkim zagrał mniej spotkań. W zeszłym sezonie do 26 kolejki występował 18 razy w pierwszym składzie. W efekcie czego zdołał strzelił równo dziesięć goli a jego strzały w 60 procentach były skuteczne. Celność podań jak i statystyka wygranych pojedynków nie stoją na złym poziomie. A jak w tych rozgrywkach?

O trzy występy więcej i o jednego gola mniej. Nie ma tragedii lecz jeśli popatrzymy na statystykę celnych strzałów to już dostrzeżemy różnicę. Dodatkowo ciut obniżył celność swoich podań, natomiast zdobył więcej kartek oraz popełnił nawet błąd w defensywie. Czyżby słaba gra drużyny doprowadziła do tego, że nawet napastnicy muszą walczyć o piłkę, przez co częściej dopuszczają się ostrej gry? Być może tak jest lecz zanim odpowiemy sobie na to pytanie, przedstawię porównanie Younga.

Jako skrzydłowy jego podania naprawdę stały na wysokim poziomie. Procent wygranych pojedynków także nie jest niski, więc można się domyślić, że liczba stworzonych sytuacji musi być wysoka. Brakowało jedynie bramek. Równo połowa jego strzałów trafiała w światło bramki (co nie oznacza, że piłka lądowała w siatce). Średnia podań na poziomie 16 metrów jak można się łatwo domyślić oznacza, że Ashley koncentrował się bardziej na długich podań, przez co zdobywał asysty oraz tworzył groźne sytuacje partnerom.

I oczywiście ten sezon. Taka sama liczba występów, dwie bramki strzelone, lecz już mniej sytuacji. Poziom podań słabszy, tak jak w przypadku poprzednika grał agresywniej, przez co popełnił kilka błędów na tyłach. 41 procent wygranych pojedynków w porównaniu z zeszłym sezonem (64 %) wygląda mizernie. Na plus jednak można zaliczyć średnią odległość podań. Z tym, że pomimo większych odległości zagrywanych piłek, niekoniecznie trafiają one do partnerów. Wnioski nasuwają się same. Mniej oddanych strzałów lecz więcej celnych. Trudno jest osiągać dobre wyniki w momencie , w którym czołowi zawodnicy grają pospolity „piach” .

Drużyna oczywiście nie składa się z samych zawodników ofensywnych. Porównałem także linię defensywną i właściwie każdy z obrońców zanotował delikatny regres, najbardziej zaskakujące są jednak statystyki Evry. Oto i one.

Grał dużo, nawet strzelił kilka bramek. Tworzył sytuacje. Wygrywał więcej niż połowę pojedynków z innymi rywalami, a także dobrze podawał oraz strzelał. Naprawdę rozegrał solidny sezon, dostając po drodze kilka nagród. W tej edycji już tego nie widać, a piłkarz jest cieniem samego siebie.

Nie będę mówił, że zmniejszyła się liczba strzałów, bo Evra to obrońca, ale liczba celnych podań oraz wygranych pojedynków zmalała widocznie. Można łatwo zaobserwować, że Patrice stara się grać długie piłki i nawet w podaniach jest gorzej. Sezon jeszcze trwa, ale ciężko wierzyć, że nagle wszyscy zawodnicy wezmą się w garść. Póki co po prostu nic na to nie wskazuje.

Zostawmy już piłkarzy, skupmy się na samej drużynie. Wiadomym jest, że większość spotkań rozgrywanych na własnym stadionie należałoby wygrać. United radziło sobie w zeszłym sezonie u siebie bardzo dobrze. W tym już niekoniecznie.

 

 

I od razu widzimy różnicę. Oczywiście liczba rozegranych spotkań na górze tyczy się całego sezonu. Zaskakujące jest to, że tylko sześć razy ekipa Moyesa wychodziła zwycięsko u siebie. Trudno mi uwierzyć, że nagle wygra wszystkie pozostałe mecze. Pozostało sześć spotkań, także liczba punktów na pewno będzie mniejsza niż w zeszłej kampanii. Widać regres gołym okiem.

Nie samymi meczami jednak chciałem pokazać różnicę. Statystyki strzałów także robią wrażenie, więc skoncentrowałem swoją uwagę i na tym aspekcie gry. Poniżej przedstawiam (tylko na własnym stadionie) procentowy wykres oddawanych strzałów. Porównać można to bardzo łatwo.

Statystyka tyczy się całego rozegranego sezonu. Po lewej stronie strzały celne, po prawej niecelne. Lekko ponad 12 strzałów na mecz. Duża ilość podań. Czego chcieć więcej? Wygranych meczów. Takie były za czasów Fergusona, aktualnie jest z tym znacznie gorzej.

Na ten moment, Manchester United pogorszył swój bilans bramkowy. Golkiperzy bronią więcej strzałów niż w zeszłej kampanii. Piłkarze za to oddają więcej strzałów z różnych pozycji. Właściwie z każdego miejsca na boisku próbują strzelać. Liczba podań może oczywiście zostać poprawiona, lecz co z tego skoro ze skutecznością ciągle będzie źle? Mata póki co nie poprawił statystyk a przyczyn słabej gry jak widać nie trzeba szukać daleko.

Sezon jest przecież długi. Spotkania rozgrywa się u siebie jak i na wyjeździe. Trzeba dobrze grać na obu frontach jeśli myśli się o końcowym sukcesie. W ramach ciekawostki pokazuje Wam zdjęcie z aktualnego sezonu Premier League, na którym widać kto i ile razy strzelał pierwszy bramkę. Nie jest to całkiem niepotrzebna statystyka, ponieważ dobre wejście w mecz może zagwarantować końcowy sukces.

 

 

Czerwone Diabły tylko sześć razy jako pierwsi strzelali bramkę. Mniej niż West Ham United, tyle samo co Sunderland I Stoke City. Jeśli tak dalej pójdzie, przegonią ich nawet w tej konkurencji ekipy z dna tabeli. Najgorsza pod tym względem jest Aston Villa, ale jak widać na wyjazdach nie jest już tak źle. W przypadku United bilans 6:5. Są to powody do zmartwienia.

Mógłbym oczywiście jeszcze dodać statystki celnych podań wszystkich zawodników, celność strzałów, ilość przebiegniętych kilometrów czy nawet procent odbiorów. Nie zrobię jednak tego, ponieważ jak można zauważyć powyżej, praktycznie na każdym elemencie gry United są gorsi. Gorsi za kadencji Moyesa, który robi wszystko aby zniszczyć potęgę, jaką pozostawił po sobie Ferguson. Piłkarze mniej się starają, mniej strzelają w końcówkach spotkań, a mecz z Fulham pokazał, że potrafią zgubić punkty. Tracą więcej bramek, mniej strzelają. Czy można mówić w takiej sytuacji, że to okres przejściowy? Nie. Ponieważ każdy manager przychodząc do tak wielkiego klubu, ma w głowie jakiś plan. Taktyka, ustawienie, potencjał zawodników. To wszystko zna i doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Póki co Moyes wygląda na takiego, który do tej pory uważa, że prowadzi Everton. Nie trzeba jednak specjalnie się wysilać żeby zobaczyć to, że także Toffess grają dobrze. Cała Anglia się śmieje i z niedowierzaniem patrzy na układ tabeli. A ja mówię głośno. United nie osiągnie niczego w tym sezonie. Możecie rzucać kamieniami.