Zawsze kiedy nadchodzi moment meczu przechodzą mnie ciarki. Pierwsze połączenie kamer wraz z sygnałem telewizyjnym, piłkarze w tunelu, sędzia dotyka piłka, zaraz wyjdą. Ja wyjdę wraz z nimi, ale po drugiej stronie. Już przygotowany. Słychać doping i zaraz zacznie się hymn. Ci, którzy mnie znają wiedzą, że kibicuje Liverpoolowi, jednak pisząc artykuły staram się zachowywać rzetelnie. Są jednak dni, kiedy jest to bardzo trudne, a subiektywna opinia góruje nad obiektywną. Czasem ciężko zachować zdrowy rozsądek, kiedy emocje robią swoje, a adrenalina rządzi Tobą. Podobnie było na ostatnim meczu ligowym.

Widząc Anfield Road zawsze marzę, żeby tam być, wraz z tymi ludźmi, którzy tak głośno dopingują ten sam klub. Widząc jednak tysiące fanów pogrążonych w ciszy, skupionych oraz patrzących w niebo, widzę jak bardzo silne są emocje w czasie takich dni jak ten. Fakt, nie lubię pisać w dni tragedii piłkarskich, uważam, że wystarczająco wielu fachowców powiedziało wystarczająco wiele. Jednak tym razem odważyłem się napisać to co czuje, bo ciężko czasem z tym żyć. Widziałem łzy kibiców, także tych zgromadzonych w pubie. Ogrom tragedii, minuta ciszy i moment zastanowienia oraz ciągłe pytanie „jak mogło do tego dojść” pokazują, że ciężko być twardym. Co rok przeżywamy to samo. Podobnie jak fani Manchesteru United w dzień tragedii w Monachium. Cały piłkarski świat zapomina o piłce nożnej, skupiając swój wzrok właśnie na ludzi, zwyczajnych ludzi, którzy stracili życie właśnie robiąc to, co kochali najbardziej. To smutny, bolesny widok. Przeszywający ból. I komukolwiek bym kibicował, zawsze będę pamiętał o tych, którzy odeszli, niezależnie od tego jak bardzo nie lubię ich klubu.

W tragedii Hillsborough jest jednak coś, co boli mnie najbardziej. Świadomość, że zginęło tak wielu ludzi, którzy mieli takie samo marzenie jak ja. Odwiedzić stadion, zobaczyć swoją drużynę jak ta wygrywa mecz. Utożsamiam się przecież z tymi samymi fanami, oglądając mecze w telewizji. Weekend w weekend nazywam siebie kibicem. Takim samym jak oni. Dlatego czasem nie mogę sobie wyobrazić co muszą czuć rodziny ofiar, kiedy mają przed oczami całe to piekło. Jednak moje życie zmusiło mnie do tego, żeby w pewnym momencie musieć przeżyć podobny scenariusz. I jak bardzo bym nie chciał do tego wracać, są dni takie jak ten, kiedy po prostu muszę.

Kilka lat wstecz straciłem przyjaciela. Prawdziwego, takiego jacy są w książkach, o których tyle się mówi w szkołach i przez całe swoje życie. Takiego, któremu mogłem powiedzieć wszystko, a mówiłem wiele, bo jako młody człowiek szukałem zrozumienia w świecie, który nie do końca mi pasował. Straciłem go na własnych oczach, widząc jak odchodzi z tego świata, którego ja jeszcze bardziej nie potrafiłem pojąć. Bezradnie starając się ratować być może najbliższą mi osobę w życiu, nie wiedziałem co zrobić. Załamanie, depresja, jakoś sobie poradziłem. Miesiące w myślach, czemu tak a nie inaczej się stało. Dzień w dzień widząc ten sam obraz, który wraca jeszcze teraz, kilka lat później. I jeszcze jedno. Pretensje, które przez ten czas zamieniły się w jedno zdanie „to mogłem być ja”. Uratował mi być może życie, swoim gestem, widząc zbliżający się samochód. Może to był odruch, może świadomy, może nie. Odepchnięcie, upadek, i głuche uderzenie. Nie widzę tego jak przez mgłę. Mam to dzisiaj przed oczami, nawet teraz kiedy o tym pisze. Łącze się w bólu z tymi wszystkimi kibicami, przeżywając być może to samo co oni wszyscy. Patrzę w niebo, szukając sprawiedliwości. Zrozumiałem przez lata, że nic już nie zmienię w tej sprawie. Mogę patrzeć na grób, mogę oglądać relacje na żywo z ceremonii. Mogę jednak jeszcze jedno. Zawsze pamiętać i chociaż w taki sposób uczcić kolejne urodziny.

Był takim samym fanem jak Ci, którzy umierali podczas tragedii na stadionach. Kochający klub, starszy ode mnie mówiący mi po porażce „kiedyś wygramy mistrzostwo”. Właściwie kibicował komuś innemu, ale zawsze próby pocieszania powodowały uczucie więzi, które sprawiało, że czułem iż idziemy tą samą drogą. I właśnie na tej drodze wszystko się zakończyło. Odgłos upadku, jest głośny niczym ryk fanów po końcowym gwizdku. Widzę siebie biegnącego w jego stronę, podobnie jak Gerrarda biegnącego i nie wiedzącego co teraz zrobić, chwila, impuls. Łzy radości i smutku. To dla nich. To dla niego. Kapitan, ale przede wszystkim człowiek. Dedykujący zwycięstwo właśnie kibicom. Czekający na zwycięstwo, bo przecież też jest kibicem. Czekam z nim. Na sprawiedliwość, która stała się faktem. Na pierwsze mistrzostwo jego i moje. Tak dzisiaj znowu jesteśmy smutni i przygnębieni, jednak jutro możemy po raz kolejny skakać z radości. Uważam, że właśnie dla tych uczuć jest się kibicem. Tak samo jak dla bycia dla kogoś dobrym jest się człowiekiem.

Kiedy już opadnie confetti, zgasną światła, człowiek podejdzie do lustra i zapyta siebie, czy zrobił tyle ile mógł, aby osiągnąć cel. Wtedy właśnie przypomną się wszystkie chwile radości i smutki. Zwycięstwa i porażki. Przypomną mi się znowu te chwile, które spędzałem razem przez monitorem właśnie z nimi. Z Gerrardem, Łukaszem, kibicami. Właśnie dla nich musimy zdobyć mistrzostwo w tym sezonie. Dla 96 ofiar, które ciągle są w naszych sercach. Dla wszystkich fanów na świecie. Dla tego, że jesteśmy ciągle z nimi, a oni z nami. I każdego roku będę powtarzał to samo. Kiedyś wygramy. W tym roku jednak może stać się to faktem. A wtedy po raz pierwszy powiem głośno, że Łukaszu – miałeś racje. Jesteśmy mistrzami. I tak bardzo żałuje, że nie możesz przeżywać tych chwil razem ze mną. Tak samo żałuje, że taka tragedia jak na Hillsborough miała miejsce. Jak i wszystkie inne piłkarskie tragedie. Nie powinno ich być. Futbol powinien prowadzić do szczęścia. Być może jednak takie dni jak ten dzisiejszy są potrzebne? Żeby zatrzymać się na chwilę, pomyśleć na spokojnie. I zadać sobie pytanie. Dokąd to wszystko zmierza? Nawet jeśli nie poznamy nigdy odpowiedzi, to ja za każdym razem będę utożsamiał się ze wszystkimi kibicami na świecie. Bo jestem jednym z nich. I już na zawsze będę. Tak samo jak na zawsze już będę pamiętał o wszystkich tych, którzy stracili swoje życie. Na zawsze w pamięci.
Justice for the 96.

Never forget.

R.I.P Ł.