Bardzo, ale to bardzo nie lubię w piłce nożnej skreślania jakiejkolwiek drużyny, wyłącznie za to, że nie jest mistrzem świata bądź nie ma w swoim składzie piłkarzy, którzy grają na co dzień w najlepszych Europejskich klubach. Mundialowi eksperci, a raczej zlepek przypadkowych osób, posiadających jakąkolwiek wiedzę na temat piłki nożnej tym bardziej zdenerwował mnie podczas ostatnich kilku mundialowych spotkań. To naprawdę śmiesznie wygląda, kiedy tuzy polskiego futbolu jak Jerzy Engel, czy Radek Majdan opowiadają o taktyce Hiszpanii czy też Anglii. Ciekawi mnie czy gdybyśmy zrobili eksperyment, puścili przypadkowy, pierwszy z brzegu mecz ich reprezentacji, zasłonili twarze, zmienili kolory koszulek i nie pokazali wyniku końcowego, mówili by to samo co mówią teraz. Dając jednak upust frustracji i czasami zażenowaniu (vide porównanie Lewandowskiego do Suareza we wczorajszym pojedynku Urugwajczyków z Synami Albionu)postanowiłem poświęcić tylko kilka linijek tego tekstu. Reszta będzie już czysto piłkarska. Zacznijmy od tego dlaczego Hiszpania poleci do domu przedwcześnie.

Chile już cztery lata temu było zaskakująco dobrze grającym zespołem. Zajęło miejsce tuż za Brazylią w czasie eliminacji do mistrzostw w RPA a w samej fazie grupowej awansowało z drugiego miejsca, tuż za Hiszpanią. Mając sześć punktów pokonało 1:0 Honduras oraz Szwajcarię. Z aktualnymi mistrzami światami przegrało 1:2. W Johannesburgu nie miało najmniejszych szans z Brazylią, tracąc do przerwy dwie, a później jeszcze jedną bramkę. Wynik końcowy 3:0 pożegnał Chilijczyków z Afryki i dał sporo do myślenia w kontekście następnych czterech lat. I jak się okazało wyciągnięto odpowiednie wnioski, piłkarze dorośli a także sztab szkoleniowy wykorzystał najmniejsze potknięcia rywali. Pokonanie Australii utwierdziło wszystkich w przekonaniu, że ekipa z Ameryki może być czarnym koniem tych rozgrywek, jednak dopiero wyeliminowanie Hiszpanów 2:0 (cóż za rewanż!) wprawiło wszystkich w osłupienie. Wszystkich, tylko nie fanów, którzy doskonale wiedzieli co się może wydarzyć.

Czym mogła zaatakować, a właściwie postraszyć Hiszpania? Diego Costą, dla którego tak naprawdę to początek z Hiszpańską kadrą? Dodatkowo po tak ciężkim i wyczerpującym sezonie, miał nagle stać się objawieniem? Czy starzejący się już Xavi, Iniesta mieli znowu wprawić w osłupienie wszystkich kibiców swoimi nietuzinkowymi zagraniami, mając przecież za sobą bardzo trudny i niezbyt udany sezon? Wybaczcie, ale jeśli piłkarz przez tyle lat gra na najwyższym światowym poziomie, wreszcie nadejdzie jego koniec. Bardziej lub mniej huczny. Hiszpanie nie postraszyli także poziomem koncentracji, bo już w meczu z Holandią indywidualne błędy pokazały, że dzieje się coś złego. Zrezygnowany Casillas, bezradny Ramos czy wreszcie zaszokowany Del Bosque pokazali światu, że ich czas właśnie się skończył. I zamiast wyciągnąć odpowiednie wnioski, popełnili te same błędy kolejkę później. Co jak co, ale wystawienie Torresa po raz kolejny pokazało, że szkoleniowiec poplątał się w swoich decyzjach. Mając w odwodzie Fabregasa, Matę, rzeczywiście lepiej było stawiać ciągle na tych samych, zmęczonych już zawodników. No cóż, trzeba przyznać, że Hiszpania upadła tak samo boleśnie jak i hucznie wygrywała ostatnie wielkie imprezy. Dla futbolowego świata było to naprawdę potrzebne.

Tiki taka (tak, po raz kolejny powtórzę, że nienawidzę tego określenia) zawodziła od kilku dobrych sezonów. Najpierw Bayern upokorzył Barcelonę, aby później sam przejąć po niej nawyk tej gry i samemu stracić szansę na wygranie Ligi Mistrzów, wreszcie porażka La Furja Roca w Brazylii. Nadszedł kres jednej z najpiękniejszych a zarazem najbardziej krytykowanych sposobów gry w piłkę nożną. Tak jak na początku wszyscy się nią zachwycali, tak na końcu już każdy ją wytyka palcami. To jak z tą jedyną, piękną dziewczyną w szkolnej klasie, do której chcesz zabiegać, a gdy da Ci kosza, nagle zmieniasz opinię o niej i krytykujesz z każdej strony. Mówiąc prosto, takie jest życie, taki jest futbol. Piłka nożna rozwija się niesamowicie szybko i albo chce się za tym rozwojem nadążyć, albo staje się na moment w miejscu, aby za chwilę zostać już daleko w tyle. Przykro mi Vicente – nigdy już nie będziesz bohaterem swojego kraju. Tylko co dalej z tym zrobić?

Najgłupszą rzeczą w futbolu jest załamanie się po jednej porażce i zaprzepaszczenie wszystkiego. Ślepe patrzenie na błędy oraz nie wyciąganie wniosków (ile razy to już padło w tym tekście?) jest jedną z przyczyn rozpoczynających fatalne serię porażek i złych występów. Trzeba od razu zacząć działać. Przede wszystkim piłkarze Hiszpanii mają jeszcze jedno spotkanie do rozegrania, którego nie traktowałbym towarzysko. Należy się szacunek kibicom, którzy oglądając siedem straconych bramek, mimo wszystko nie wyszli wcześniej ze stadionu. Dlatego też należałoby wystawić mocny skład i godnie pożegnać się z turniejem. Oczywiście nie mówię tu teraz o wystawieniu Costy i El Nino w ataku, bo to będzie naprawdę żenująca decyzja. Powoli można wprowadzić zmienników, którzy będą świadczyć o sile Hiszpanów w przyszłym mundialu. Oni mają w sumie jeden problem mniej, bo hiszpańska szkółka prędzej czy później wyprodukuje następców Xaviego, Iniesty i spółki. Widać ewidentnie, że dobre połączenie młodości i doświadczenia potrafi zaowocować. Holandia, Belgia są idealnymi przykładami. A jak nie, to zawsze można przeprowadzić rewolucję jaką zrobił Stephen Keshi z Nigerią, wprowadzając najpierw na Puchar Narodów Afryki w większości piłkarzy z rodzimej ligi aby wreszcie połączyć rutyniarzy z młodością i temperamentem. Efekty widać gołym okiem, bo Nigeryjczycy wygrali PNA oraz są na kolejnym mundialu. Można? Można. Atutem szkoleniowca Nigerii jest jednak to, że jeszcze jako piłkarz miał przyjemność zasmakować szkółek piłkarskich z Francji, Belgii, Holandii. To doświadczenie pomogło mu wprowadzić swoją filozofię do kadry. Sukces przyszedł szybko.

Większy problem będą mieli Anglicy. O ile mają dobrze prosperującą młodzież, o tyle nie wnosi ona nic szczególnego do meczów w kadrze. Wysoko cenieni po sezonie Lallana, Lambert, Barkley nie pomogli nadto kadrze, a przynajmniej jeden z nich na następnym mundialu nie znajdzie się na pewno. Hart miał za sobą trudny sezon, podobnie jak i Rooney. Obrona wydaje się być naprawdę mizerna (przejrzyjcie błędy Jagielki w meczu z Urugwajem). Glen Johnson nie zalicza się do najmłodszych defensorów, dodatkowo więcej daje w ofensywie niż w defensywie. A w pomocy czekają przecież mocne zmiany. Najpierw trzeba znaleźć następcę Gerrarda, dla którego to zapewne ostatni wielki turniej, później szukać dobrych skrzydłowych. Odpowiednie wzmocnienie ataku też jest potrzebne, bo zawodnicy tacy jak Wellbeck bardziej szkodzą kadrze niż jej pomagają. Zasadnicza różnica pomiędzy Anglią a Hiszpanią jest jednak taka, że Hiszpanie mają Del Bosque, a Anglicy tylko Hodgsona. I zapewne dla obu tych panów dni są już policzone, to hiszpański sposób myślenia będzie górował nad Angielskim. O ile w tych mistrzostwach Anglicy rzeczywiście chcieli zagrać inaczej niż zawsze, nie koncentrując się wyłącznie na wrzutkach do wysokich napastników, o tyle gole padały po akcjach ze skrzydła. Nie zmienisz wszystkiego od razu. Na to w przypadku Anglików potrzeba wiele czasu, a jeszcze więcej zależy od tego kto przejmie reprezentacje po Roy’u.Wydaje mi się, że wreszcie tę posadę dostanie Harry Redknapp… czy to będzie właściwy wybór? Tego nie wiem, wiem natomiast jedno. Przez jeszcze wiele lat, kibice będą ślepo wierzyć w wielką moc kadry i co cztery lata będą smutni widząc jak ta kadra gra. Co zatem pozostaje kibicom Hiszpanii i Anglii? To samo co nam. Żyć przeszłością, wspominać wielkie czasy, tak jak robimy to my wspominając Wembley (i co z tego, że potem sto razy dostaliśmy baty od Anglików?) Trenerom, związkowcom, piłkarzom natomiast pozostaje wyciągnąć wnioski z tych nieudanych momentów tego mundialu. Także kibice – żyjcie pięknymi wspomnieniami, reszta do roboty!