Real Madryt podejmował Athletic Bilbao, a Jerzy Dudek postanowił odwiedzić swoich fanów w Katowicach. Pomimo, że kibiców Liverpoolu było tam zaledwie kilku, przyszedł do stolika i odpowiedział na kilka pytań. Okazał się naprawdę miłym człowiekiem i wreszcie zakończył dyskusję na tematy, które jak sam stwierdził ciągnęły się za nim latami.

Wywiad był przeprowadzony idealnie w trakcie meczu, co spowodowało, że można było zaobserwować jakim kibicem jest naprawdę. Porażkę przeżywał na szczęście chwilowo, a na wszystkie pytania zdążył odpowiedzieć zanim wrócił do domu. O Stambule, Benitezie, Liverpoolu, polskiej kadrze i o kilku innych rzeczach porozmawiałem właśnie podczas spotkania w Lidze Hiszpańskiej, a Dudek okazał się tak miły, że wysłuchał każdego kibica Liverpoolu. Oto efekty długiej rozmowy.

Witaj Jerzy. Na początek pytanie, na które zapewne już wiele razy odpowiadałeś, ale nie wszyscy do tej pory wiedzą jak było naprawdę. Powiedziałeś kiedyś, że masz żal do Beniteza za kolokwialne „wyrzucenie” z klubu. Mnie jednak też ciekawi coś innego. Finał był wygrany, byłeś jednym z bohaterów tego spotkania a Reina już w przerwie miał wielkie wątpliwości, czy aby na pewno wybrał dobry klub. To się oczywiście zmieniło po końcowym gwizdku, jednak ciągle zastanawiało mnie to, czy w przypadku, gdyby ten finał wygrał jednak Milan, a Pepe nie przyszedł by do nas, Ty zostałbyś w klubie? Rafa hipotetycznie mógłby Ci wtedy powiedzieć, żebyś ciągle grał w Liverpoolu.

Wiesz co, to są dwie różne sprawy. Ja nie mam żalu do Beniteza, o to, że ze mnie zrezygnował, bo zawsze gdy do klubu przychodzi nowy manager, chce za wszelką cenę zbudować zespół pod siebie. Zawsze w momencie przybycia do klubu on już wie mniej więcej kogo chce w swojej drużynie mieć i zawsze próbuje zrobić swój autoryzowany skład. Pamiętam taki moment, kiedy Gérard Houllier przyszedł do nas zrobić sobie zdjęcie z pucharem i powiedział mi wtedy, że ten puchar jest tak samo mój jak i jego, bo przecież 80 procent drużyny, było jeszcze zbudowanej przez niego. Ja nie miałem żalu wtedy do Rafy, dopiero po kilku latach, gdzieś tam sobie wydedukowałem, że Rafa przecież nie zrezygnował wyłącznie ze mnie. On małymi krokami rezygnował ze wszystkich zawodników, którzy wtedy wygrali. Został tak naprawdę tylko Stevie i Carra a cała reszta gdzieś tam odchodziła w różnych momentach, właśnie z tego powodu, że Rafa chciał zbudować swój zespół. A jeśli chodzi o sam żal do Beniteza, to nie mam go o to, że ze mnie zrezygnował (chociaż akurat wtedy, kiedy moja pewność była tak wysoka i rzeczywiście wiedziałem, że jestem pewny siebie i naprawdę tego potrzebowałem, czułem smutek) lecz żal mam z tego powodu, że tak długo trzymał mnie później w klubie i nie chciał mnie puścić. Inną sprawą jest to, że nie zawsze mówił prawdę, żeby nie powiedzieć, że mnie oszukał. Rafa zawsze powtarzał mi, że nigdy wcześniej nie rozmawiał z Pepe i ta decyzja o jego sprowadzeniu zapadła szybko, na tu i teraz. Prawda jest jednak inna, bo sam Reina pisał o tym w swojej biografii, że rozmawiali dużo wcześniej, bodajże w październiku. To jest właśnie dla mnie powodem żalu, bo Benitez od samego początku wiedział, że wprowadzi nowego bramkarza, niezależnie od tego jak ja będę bronił i czy inni bramkarze będą się do tego nadawać czy nie. I tylko o to mogę mieć pretensje. Ciągle powtarzał nam, że nie szuka nowego bramkarza i , że tylko my jesteśmy brani pod uwagę.

Dodatkowym problemem, który był jeszcze przed finałem, była ciągła konfrontacja z mediami. Cały rok czytałem i słyszałem w mediach, że Liverpool ściąga nowego bramkarza. Nawet zwykły wykop w trybuny był równoznaczny z tym, że w The Reds będzie nowy golkiper. Dzisiaj wszyscy wybijają w trybuny i nikt o nowym bramkarzu nie mówi. Ja przez cały sezon musiałem z tym walczyć i ciągle udowadniać, że mnie to nie rusza. Na szczęście koniec sezonu był idealny w moim wykonaniu, z czego jeszcze bardziej się cieszę, bo właśnie wtedy uznałem, że jestem w dobrym miejscu i nic mnie nie może pokonać.

Przynajmniej jedno się wyjaśniło. Ciekawi mnie natomiast kolejna rzecz, o której Ty akurat możesz powiedzieć. Mnóstwo nowych zawodników w momencie przyjścia do klubu mówi, że presja jest przytłaczająca. Jedni mówią, że to przez zawodników, którzy tu grają (Carra wcześniej, dzisiaj Gerrard,czyli legendy zespołu) inni zaś, że historia jest tak wielka, że czasami nie potrafią sobie z tym wszystkim poradzić. Piłkarze czasem mówią, że dopiero kiedy jesteś w szatni i widzisz później ten herb nad schodkami, dociera do Ciebie to, w którym miejscu się znajdujesz. No i nie wszyscy sobie z tym radzą. Jak to jest według Ciebie? Ty jak przychodziłeś do klubu, to miałeś takie poczucie spełnienia i wiedziałeś, że jesteś w takim miejscu, o którym wielu marzy i nie masz prawa tego teraz zepsuć? Naprawdę wielu piłkarzy usłyszało hymn klubu, po czym jasno twierdzili, że atmosfera jest tak niesamowita, że gdy Ci nie wyjdzie, to przeżywasz to dwa razy bardziej. Jak Ty się do tego odnosisz?

Nie może być prawdą to, że piłkarz nie daje sobie rady z powodu wielkości klubu. Jeśli jakiś zawodnik znalazł się w tak wielkim zespole jak Liverpool, oznacza to tylko tyle, że dorósł do tego, aby tutaj grać. Jeśli później usprawiedliwia słabe występy presją czy wielkością klubu, to dla mnie jest to tanie usprawiedliwianie się. Wiesz, ja pamiętam doskonale mój pierwszy sezon w Liverpoolu. Wygraliśmy Puchar Europy, ale kibice naprawdę byli niecierpliwi pod każdym względem. Kiedy przegrywaliśmy po dwudziestu minutach, cały stadion krzyczał „atak, atak, atak!” Wtedy presja naprawdę rosła wraz ze zniecierpliwieniem kibiców. I pamiętam, że zawsze dwie minuty później traciliśmy bramkę. Zawsze tak było (śmiech). Jednak Ty jako zawodnik nie walczysz z kibicami, tylko z samym sobą. Ze swoją organizacją gry oraz tym, co masz do zaprezentowania. Dla mnie jest to małe kłamstwo, jak ktoś usprawiedliwia się presją. Liczy się zawsze trener, metody treningowe, sztab i to co robisz na treningach. To się liczy naprawdę. Ja miałem to szczęście, że już w czasach gry w Feyenordzie słuchałem co mecz You’ll never walk alone, bo tam też przed każdym meczem wychodził tenor i wykonywał ten utwór. To już w Holandii było niesamowite i gdy pierwszy raz usłyszałem to na Anfield, to poczułem się jak u siebie.

Powiem Ci tak, presje odczuwa zawodnik wtedy, kiedy gra słabo, bo rzeczywiście wtedy musisz pokazać na co Cię stać i co potrafisz. Jeśli jednak grasz dobrze, to nie ma żadnej presji. Wiesz, wielu ludzi mówi o zawodnikach, że są albo słabi psychicznie albo mocni. Dziwi mnie to trochę, bo według mnie wielu ludzi nawet nie miało okazji pokazać tego czy rzeczywiście są twardzi czy słabi. Popatrz na takiego człowieka jak Iker. On może mówić o presji. Tyle lat w klubie, zawsze najlepszy, a w momencie kiedy miał gorszy okres, potrafił z tego wyjść i znowu błyszczeć. O takim człowieku możesz powiedzieć, że potrafi sobie radzić z presją czy nie. Tu nie chodzi o to, że pod presją się jest wtedy kiedy się gra. Nic z tych rzeczy. Ocenisz to dopiero na samym końcu, w momencie kiedy rozegrałeś wiele spotkań, zarówno dobrych jak i okropnie słabych. I też jest coś co mnie zawsze zastanawiało. W zeszłym sezonie Liverpool grał świetnie i nikt nie mówił o presji. Być może piłkarze zostali później źle zmobilizowani czy też ukierunkowani. Być może sztab niepotrzebnie ten poziom presji podniósł w momencie, kiedy powinien ją obniżyć i zawodników zrelaksować.

Czy mógłbyś w takim razie odpowiedzieć na to, dlaczego w polskiej reprezentacji zawsze jest tak, że w eliminacjach czy meczach towarzyskich idzie dobrze, a na mundialach czy wielkich imprezach to wszystko znika i notujemy kolejne słabe mecze?

Wszystkie duże turnieje były zawalone. Jak ja zaczynałem grać w kadrze, to każdy mówił, że jesteśmy mistrzami meczów towarzyskich. Później wszyscy sobie powiedzieli, że trzeba z tym skończyć i zacząć być mistrzami meczów eliminacyjnych, co na szczęście się udało. Później chyba zabrakło nam doświadczenia, albo może po prostu sami siebie oszukiwaliśmy. Skłaniam się ku temu pierwszemu. Przynajmniej na moim turnieju w Korei i Japonii. Później zabrakło po prostu rzetelnej analizy. Sądzę, że Janas nie zweryfikował błędów jakie popełnił Engel i to samo było później. Smuda zrobił to samo i cały czas idziemy tą drogą. Nie potrafimy wyciągać wniosków. Mam tylko nadzieje, że wreszcie znajdzie się osoba, która dostrzeże ten problem i się nad nim pochyli. My po prostu nie byliśmy dobrze przygotowani do tych turniejów i stąd słabe występy na dużych imprezach.

Oby, bo rzeczywiście widać, że nam duże imprezy nie wychodzą. A propos też kadry i nie tylko. Dużo się mówi o tym, że to co jest w szatni, ma zostać w szatni. Jednak łatwo można zaobserwować sytuacje, że nie do końca tak się dzieje. Sytuacja z przeszłości z Bellamym, czy rzekome kłótnie w tym sezonie Gerrarda z Mignoletem, czy jeszcze wcześniej Twoja kłótnia z kapitanem pokazują, że nie jest łatwe utrzymanie wszystkich tajemnic wewnątrz klubu. To prawda, że piłkarze po prostu są zamknięci gdzieś we własnych kręgach i to jest tak ważne, aby nikt nie dowiedział się co się tam w środku dzieje?

Dzisiaj jest o to bardzo ciężko. Każdy ma właściwie swoje social media. Piłkarze mają swojego tweetera czy facebooka. Każdy teraz kur** może przemycić do świata zewnętrznego to, co chce i czasami ciężko coś z tym zrobić. W Stanach już zaczynają na to reagować i zawodnicy muszą podpisywać przy umowach wzięcie na siebie odpowiedzialności za to, co piszą w social mediach. To jest jakiś sposób. Wtedy przynajmniej piłkarze będą się czuć tak, jakby naprawdę coś komuś powiedzieli w szatni a nie tylko wypuścili to w Internet. W Europie póki co tego jeszcze nie ma, u nas każdy chce się dobrze sprzedać i dobrze siebie wykreować. To jest też bardzo trudne dla trenera, który chce zbudować dobrą atmosferę, a uwierz mi, czasem w szatni trzeba sobie powiedzieć rzeczy bardzo ostre, aby przyniosło to skutek. Mourinho bardzo się wkurzał, gdy dowiadywał się o wypłynięciu takich informacji. Dla wielu to jest oznaką porażki. Można to porównać do rodzinnych spotkań. Starasz się coś wymyślić, zrobić aby było lepiej, po czym wychodzisz na zewnątrz a tu wszyscy o tym wiedzą i rozmawiają. To potrafi zdenerwować i zasmucić. Jest to też trochę przykre, bo cała taktyka i przygotowany plan po prostu upadają.

Sytuacje takie jak z Bellamym, czy Gerrardem są teraz mówiąc między nami śmieszne. Dzisiaj się z tego śmiejemy, ale wtedy nie było nam do śmiechu. Nam się udało wtedy wyjść bez żadnego szwanku, ale takie historie budują zespół. Team spirit jest naprawdę bardzo ważny i dzięki takim sytuacjom on się buduje. Jeśli coś jednak wychodzi z szatni, to niestety ta jedność też podupada. Jeśli chodzi o moją sytuacje ze Steviem, to jest to trochę inna sytuacja. Graliśmy mecz pucharowy, Okocha strzelił piękną bramkę z wolnego pomimo tego, że to my ich ostro naciskaliśmy i kapitan zaczął pokazywać coś rękoma i wymachiwać nimi. Mnie bardzo drażni jak piłkarze gestykulują w taki sposób. Jeśli rzeczywiście masz coś do powiedzenia na boisku, to przyjdź i to powiedz. Wtedy nikt się o tym nie dowie, a w sytuacji, kiedy zaczynasz machać rękoma, to cały stadion widzi, że coś dzieje. Wtedy dajesz jasny sygnał, że nie wszystko idzie tak jak powinno i przeciwnik to może wykorzystać. Ja też jako bramkarz nie mogę sobie pozwolić na to, aby ktoś do mnie wymachiwał rękoma w taki sposób. Pamiętam doskonale, że później w szatni mieliśmy bardzo ostrą dyskusję i naprawdę dużo się działo. Następnego dnia jednak, kiedy emocje opadły, Steven podszedł do mnie i mnie przeprosił. Najgorsze jest to, że nic mi nie dały jego przeprosiny, bo cały świat już wiedział, że coś jest nie tak. Wszyscy wkoło mówili, że Gerrard się ze mną pokłócił. Akurat pokłócić się z kapitan to nie jest łatwa sytuacja, zwłaszcza jak ten jest z miasta.

Emocje są zawsze, a ten kto ich nie kontroluje ten przegrywa mecz. Wszyscy Cie chcą sprowokować w jakiś sposób. Przegrywasz tak naprawdę wtedy, kiedy odpowiesz na te zaczepki. Dostajesz później czerwoną kartkę i osłabiasz drużynę. Jeśli posiadasz odpowiedni charakter, to ten prowokator ma problem, zaczyna się wkur*** i to on przegrywa. Cała sztuka polega na kontrolowaniu tych emocji. Zawsze kłótnie odbijają się na grze. Zauważyłem, że im bardziej emocjonalnie podchodziłem do meczu, tym gorzej mi on wychodził. Dopiero, kiedy w pełni byłem sobą, to wszystko mi wychodziło tak jak powinno. Gdy nie kontrolujesz siebie i jesteś kimś innym, to wszystko Cie denerwuje, szukasz konfliktu i kończysz z niczym.

Czy nie jest czasem tak, że nowi zawodnicy czują presje bardziej przez samym kapitanem, niż przed kibicami?

Czasami tak jest. Każdy kapitana szanuje, bo po to jest właśnie kapitan. Oczywiście kapitan też musi dawać dobry przykład. Jest on łącznikiem między zawodnikiem a trenerem, więc czasem niektórzy rzeczywiście inaczej do niego podchodzą. Zdarza się wielokrotnie, że piłkarze mają odmienne zdanie od kapitana i pojawiają się później z tego tytułu konflikty. Ja na przykład spotykałem różnych kapitanów na swojej drodze i często myślałem inaczej niż oni. Należy pamiętać, że kapitan to też zwyczajny człowiek i jednych lubi bardziej, innych mniej. Steven jednak musi swoją robotę robić bardzo dobrze, skoro przez tyle lat jest w tym klubie tą najważniejszą osobą. Piłkarze wiedzą, że mogą na niego liczyć a on wielokrotnie udowadniał, że tak jest i tak już będzie. Chciałem jednak zwrócić uwagę na jedną rzecz. Nie wiem co się wydarzy, kiedy odejdzie Gerrard. Tacy piłkarze powodują, że chce się dla nich grać i dla nich warto przychodzić do klubu. Kibice z takimi zawodnikami się utożsamiają, a dzisiaj nie wiem z jakim piłkarzem może się utożsamić kibic Liverpoolu. Wiesz, teraz mamy Gerrarda, wcześniej był Carra. Bohaterowie dla kibiców. Nie wiem kto będzie następny.

Uważasz, że Henderson może być taką osobą? Coraz więcej mówi się o nim, jak o następcy Stevena.

Popatrz na to kiedy Henderson błyszczy. Wtedy kiedy nie ma na boisku Gerrarda. To jest taka sama sytuacja jak w przypadku Bale’a i Ronaldo. Kiedy obaj są obok siebie, to jeden już robi na boisku mniej, bo ten drugi coś mu zabiera. Już jest to inna sytuacja. Henderson może być takim zawodnikiem. Tym bardziej, że jest Anglikiem, graczem z kadry. Kibice takich uwielbiają, bo traktują ich jak swoich. Oni zaś rozumieją to, czego oczekują kibice. Znają ich mentalność, przez co jest im łatwiej. Oby Hendersonowi się udało.

Dla wielu kibiców decyzja Gerrarda o opuszczeniu klubu była szokująca, żeby nie powiedzieć, że wstrząsająca. Niektórzy po usłyszeniu tej wiadomości płakali, czego inni nie potrafili zrozumieć. Masz jakąś opinie dlaczego SG podjął taką decyzję?

Ciężko powiedzieć. Jeśli chodzi jednak o płacz, to ja płakałem jak widziałem go podczas meczu w LM z Realem. Oglądałem te spotkanie z moim bratem i powiedział do niego, że ten piłkarz był tu już zanim ja przyszedłem do klubu, lata minęły, mnie już nie ma ani w Liverpoolu ani w Realu, zdążyłem zakończyć karierę, a on dalej jest w tym samym miejscu. Powiedziałem do brata, że to jest niemożliwe. To jest niesamowite. Liverpool to właśnie Gerrard i cała reszta innych zawodników. Dziwi mnie jedynie, że Liverpool nie potrafił zatrzymać Stevena w klubie, może nie jako zawodnika, ale jako członka sztabu. Niedawno żartowaliśmy z nim, że za rok razem zagramy w Liverpool Legends (śmiech). On mówił, że jeszcze nie. To jest właśnie niesamowite, że ten piłkarz ma jeszcze taką siłę do mobilizowania się co mecz. Ciągle daje z siebie naprawdę wiele. To naprawdę była smutna wiadomość, jeśli chodzi o jego zakończenie przygody w Liverpoolu.

Odchodząc trochę od tematu kapitana. Dla wielu ludzi zastanawiające jest to, że multum zawodników z ligi hiszpańskiej nie poradziło sobie w Premier League. Czy naprawdę jest aż taka różnica pomiędzy obiema ligami? Może nie chodzi tutaj o różnice czysto piłkarskie, ale i też kulturowe? Weźmy chociażby przykład Morientesa.

Tu nie tylko chodzi o Morientesa. W momencie kiedy Benitez przychodził do klubu, myśmy mieli na kontrakcie sześćdziesięciu zawodników, z czego Wy możecie znać może z pięciu (śmiech). Ja znam naprawdę o wiele więcej. Rafa sprowadzał różnych zawodników do klubu, którzy nie radzili sobie po prostu mentalnie. Takich topowych graczy naprawdę było wielu, ale o wielu się nie mówiło. Pamiętam też, jak Rafa przyjechał do mnie do Madrytu i rozmawialiśmy właśnie o tej sytuacji. Przeprowadziliśmy bardzo zabawny, ale też i prawdziwy dialog. Benitez od razu wytłumaczył mi dlaczego Hiszpanie mają tak ciężko jak przyjeżdżają do Anglii. Rafa powiedział prosto. „Kur** jak tu (w Anglii) o 16 jest już ciemno, a tam w Hiszpanii o tej godzinie dopiero kończą Siestę, to nie ma się co dziwić, że piłkarze czują się gorzej i są smutni.” Hiszpanie są bardziej społeczni. Wieczorem chcą wyjść na miasto z żoną, kumplami, rodziną i się jeszcze trochę pobawić, a Anglicy wolą być gdzieś sami, w swoim małym świecie i im to odpowiada. Niektórym jednak ciężko to przeskoczyć, przez co nie radzą sobie w Premier League. Pamiętajmy jednak, że to są dwie różne szkoły. Inne sposoby myślenia i traktowania piłki nożnej. Hiszpanie grają piłką, częściej są faulowani, bo też grają pod faul. Czasem jest w tym więcej udawania. W Anglii piłkarze mają do siebie większy szacunek, sędziowie pozwalają na więcej. To wszystko się z czymś później wiąże. Jest lepsza atmosfera na trybunach, bo i poziom jest lepszy. Kibice żyją każdą akcją, to i piłkarze grają dla nich. Takiej atmosfery w Hiszpanii nie ma na wszystkich spotkaniach. Weźmy Real. Gorąco jest na meczach takich jak z Barceloną, Atletico Madryt czy z Sevillą. Może jeszcze na Bilbao. W Anglii taka atmosfera jest właściwie wszędzie i dlatego moim zdaniem lepiej się ogląda piłkę angielską. Jest to inna kultura po prostu, przez co jest lepsza dla oka.

Wiele się też mówi, że to wszystko przez poziom spotkań. W Anglii każdy walczy z każdym i jest więcej niespodzianek i wyrównanych pojedynków. Może przez to Premier League jest uznawana za silniejszą?

Wiesz co, poziom zależy od sukcesów. Ostatnio jest tak, że w Lidze Mistrzów więcej jest zespołów z BBVA niż z BPL. W Lidze Europy jest podobna sytuacja. Hiszpanie wygrywają więcej pucharów, przez co poziom jest wyższy. Prawdą jest jednak to, że dużo więcej energii i poświęcenia trzeba włożyć aby wygrać w Premier League. W Hiszpanii masz spotkania, gdzie na sto procent musisz zagrać w tych najważniejszych meczach. Taki Real Madryt może czasem zagrać na 80-70 procent a i tak wygra. A taki Liverpool nawet jak gra z Crystal Palace czy też z Burnley, to musi włożyć w to sto procent siebie, bo inaczej nie wygra.

Zatem trzeba o to zapytać. Jak Ci się podoba ten Liverpool za kadencji Brendana Rodgersa? Wielokrotnie porównywany do Barcelony, grający piłką, szybkimi akcjami i z polotem.

Te porównania nie są przypadkowe. W Liverpoolu jest teraz sporo małych zawodników, bardzo ruchliwych, którzy też są dobrze wyszkoleni technicznie i są przy tym bardzo dynamiczni. Może też być tak, że po zdobyciu wicemistrzostwa, gdzieś w podświadomości piłkarzy pojawiły się jakieś problemy. Nadszedł ten drobny kryzys, przez który pierwsze pięć miesięcy było słabymi miesiącami. Usprawiedliwianie się brakiem Suareza, kontuzjami musiało się w końcu odbić na drużynie. Bardzo się tego obawiałem. Później jednak jak na własne oczy zobaczyłem jak oni trenują, jak grają (przed meczem z Realem) to dostrzegłem nadzieje, że te TOP 4 w tym roku będzie. Wszystko jest zależne od wyników. Jeśli one są dobre, to piłkarze wiedzą, że menadżer robi wszystko w porządku i idą za nim. Jak są złe, to oni już mają wątpliwości i to się odbija. Później są rozmowy, żeby wrócił Benitez, że może inny trener będzie lepszy. Trzeba ciągle robić swoje i skupiać się na tym, a z czasem się wszystko ułoży. Jest tak, że gdy jest źle, to cały świat jest przeciwko Tobie. Kibice, dziennikarze, media. Ty musisz tylko wyjść na boisku i wykonać swoją robotę jak najlepiej potrafisz. W tym tkwi sukces. Liverpool naprawdę mi się podoba. Mecz z City był wisienką na torcie. Taki Liverpool chcemy oglądać ciągle, a nie taki jak w meczu z Besiktasem. Może to przez brak dwóch równorzędnych składów.

Skoro powróciliśmy do tematu Stambułu, powiedz kiedy będziemy mogli zobaczyć Ciebie znowu na Anfield?

Na pewno 30 kwietnia gramy mecz z Manchesterem United (Liverpool Legends). Później będę oczywiście w maju na meczu upamiętniającym triumf w Stambule. Tam mamy bardzo dużą imprezę, będę już dzień wcześniej aby na spokojnie móc spotkać się z kibicami a zaraz po tym szybko wracam do Warszawy, bo UEFA uczyniła mnie ambasadorem Ligi Europejskiej, więc też mam swoje zadania…

… I niespodziewanie pada gol dla Bilbao, a strzelcem po strzale głową jest Aduriz. Korzystając z okazji zadałem proste pytanie. Wyciągnąłbyś to? I po chwilowych uśmieszkach pada odpowiedź.

Skoro Casillas tego nie wyciągnął, to i ja raczej bym nie dał rady.

Były jednak czasy, kiedy wielu ludzi mówiło, że jesteś od niego lepszy. Też zastanawia mnie jedna rzecz. Zakończyłeś karierę jako drugi bramkarz Realu, ale wyobrażasz sobie sytuację, kiedy to za Twoich czasów w Realu, Ikerowi przytrafia się taki gorszy okres? Może wskoczyłbyś wtedy za niego do bramki.

Skoro ludzie tak mówili, to naprawdę wielki komplement. Co do Ikera, to pamiętam, że jak opuszczałem Real Madryt, to Iker dostał kontuzji i wielu ludzi dzwoniło do mnie, że to jest niemożliwe. Za moich czasów nie potrafił złapać nawet kataru, a od razu po moim odejściu, nabawił się kontuzji. To było niesamowite. Ja zawsze ciężko pracowałem w Realu, miałem swoje zadania, o których oczywiście wiedziałem. Miałem mobilizować Ikera, odciążać go gdy miał na głowie za dużo spraw i dawać nauki innym. Na każdy mecz jednak przygotowywałem się tak, jakbym to ja miał znowu zagrać w pierwszym składzie. I być może przez to piłkarze i kibice tak mi się odwdzięczyli na zakończenie kariery.

Właściwie to nawet takiego piłkarza jak Raula nie pożegnali tak jak mnie. Nie wspomnę o Gutim, który zadzwonił do mnie i mnie zwyzywał za to, że go nie pożegnali w taki sam sposób jak mnie i pytał co ja im zrobiłem (śmiech). Ja na szczęście z Realu odszedłem w zgodzie, co się rzadko zdarza, bo większość odchodzi w konfliktach i niezgodzie. Znacie jednak na pewno historię o tym jak powiedziałem kiedyś, że odchodząc z Liverpoolu na pewno nie zagram w większym klubie. Później podpisałem umowę z Realem Madryt i sam do siebie powiedziałem „ja pier****, co ja teraz powiem tym wszystkim ludziom?” Później jednak Liverpool zagrał w LM w dwumeczu właśnie z Królewskimi, na wyjeździe po golu Benayouna wygrał 1:0, no a na Anfield był już pogrom. Miałem taką delikatną satysfakcję z tego zwycięstwa The Reds no i miałem też rację. Nie zagrałem w lepszym klubie (śmiech).

To była trudna sytuacja dla Ciebie na pewno jak oglądałeś kolejny raz pojedynek Liverpoolu z Realem. Komu tak naprawdę kibicowałeś?

Na pewno nie fair by było, jakbym Wam powiedział, że kibicowałem Liverpoolowi, a w stoliku obok mówił o kibicowaniu Realowi. Prawda jest jednak taka, że to na Anfield miałem najlepsze lata w swojej karierze i tam się świetnie czułem, zarówno ja jak i moja rodzina. To Liverpool jest moją historią i oczywiście po cichu będę zawsze mu kibicował. W czasie tego meczu w tej edycji LM jak Real strzelał bramki, to biłem brawo, ale gdy Liverpool miał jakąś akcję, to rzeczywiście przeżywałem to tak, jakbym im kibicował. To jest normalne. Miałem też taką teorię, że w Madrycie będę kibicował Realowi, a w Liverpoolu – LFC (śmiech). Jednak prawda jest taka, że mam w sercu Liverpool i mam też nadzieje, że tutaj nikt nie będzie zdziwiony.

Takie pytanie odnośnie bramkarza. Czy Simon Mignolet jest dla Ciebie odpowiednim golkiperem na taki klub jakim jest Liverpool?

Ostatnio bardzo dużo na ten temat mówiłem. Moje wsparcie będzie miał jednak zawsze. To jest trochę dziwne, że na niego jest teraz taka nagonka. W zeszłym sezonie on bronił świetnie, mimo to Liverpool tracił sporo bramek. W tym sezonie, Liverpool nie gra tak świetnie, nadal tracimy bramki, a kilka goli zawali Simon, ale to nie jest jego wina. Wszyscy mieli gorszy okres i nie ma co tego zwalać na niego. Jestem na Waszym forum, to wiem jak tam po nim jeżdżą i jest mi go naprawdę szkoda, bo to jest świetny bramkarz. Teraz na szczęście wrócił do tej swojej dobrej formy. Pamiętajcie, że on był na mundialu, miał krótsze wakacje i to wszystko inaczej przeżywał. Może miał jakąś małą zapaść. Teraz broni bardzo dobrze i oby tak zostało.

I ostatnie pytanie. Planujesz wybrać się na zlot?

Już rok temu miałem się pojawić, ale zabrakło czasu. Kiedyś to obiecałem, więc na pewno przyjadę. Podpisałem też nową umowę i będę się ścigał, więc różnie może być z czasem, ale gdyby się udało, to pojawię się na pewno. Tym bardziej, że to jest w wakacje.

No i na zakończenie udało się poprosić Jurka o pamiątkowe selfie.


Wywiad pomogli zrealizować Miłosz Grajdek, Marcin Lampert, Tomasz Duży oraz Rafał Flaszka.