Pisałem onegdaj o tym, że piłka nożna musi posiadać swoją ciemną, a nawet czarną stronę. Jakie było wtedy oburzenie, gdy stwierdziłem, że Luis Suarez nie zrobił właściwie niczego złego, bo właściwie tak zostałem zrozumiany. Urugwajczyk oczywiście zrobił wiele złego przeciwnikom, których ugryzł, ale zrobił też wiele dobrego dla swojego kraju czy klubów, w których występował. Właściwie nie ma zespołu, który źle wspomni El Pistolero, no chyba, że będzie to Manchester United. Zanim ktoś zarzuci mi to, że znowu pomniejszam zło, które wyrządził między innymi Ghańczykom, przypomnę tylko, że Maradona raczej zrobił większe Anglikom, a Zidane i tak będzie zapamiętany raczej dobrze niż źle we Włoszech. Mniejsza jednak z tym, piłka nożna rządzi się swoimi prawami i czasem instynkty powodują, że piłkarze robią dziwne rzeczy, a jedyne co mnie fascynuje w tym wszystkim, to fakt, że te rzeczy są bardzo dobrze zapamiętywane przez miliony kibiców. Taki urok piłki nożnej.

Co zatem można powiedzieć o zachowaniu Diego Costy w kolejnym już meczu z jego udziałem? O ile Suarez gryzł i dostawał wysokie kary, o tyle Costa otrzymał kolejną „tylko” żółtą kartkę. Jest to co najmniej dziwne, tym bardziej, że atmosfera na stadionie po kontrowersjach związanych z zachowaniem napastnika rośnie i przybiera wręcz nienawistne uczucia. Kibice Costy nienawidzą a piłkarze mają go dość. On natomiast czuje się bezkarny i robi dalej to, co uważa za słuszne. I czy naprawdę nic z tym nie można zrobić? Nie można, bo nawet sędziowie, których jest trzech nie potrafią dostrzec uderzeń po twarzy. Wydaje mi się, że gdyby Kościelny po prostu upadł i zaczął udawać, że go to naprawdę boli sytuacja mogłaby się zakończyć nieco inaczej a tak? Costa strzelił w pysk dwukrotnie, dostał korkiem z buta raz, zabolało go to tak samo jak uderzenie kartką papieru i co… Arsenal gra w dziesiątkę. Przykro mi, ale jeśli ktoś chce wyznaczać kodeks moralny dla zawodników i uczyć ich jak nie grać w piłkę, to musi też niektórych nauczyć jak w nią należy grać. A przypominam, że Costa  chciał wybrać reprezentację Brazylii, która przecież słynie ze swoich głośnych przemówień na temat tolerancji, szacunku dla rywala i gry w duchu fair play. Słynie. Przynajmniej do momentu, kiedy nie przegrywa.

Żeby nie odbiec za bardzo od Premier League warto jednak wspomnieć o innej sytuacji, znacznie przyjemniejszej dla oka, która też dla wielu ludzi jest co najmniej nietypowa, pomimo tego, że taką być nie powinna.  Jenkinson leży na boisku i próbuje zyskać trochę na czasie, a tu nagle podbiega do niego kapitan JEGO drużyny i podnosi go w trymiga. Sytuacja automatycznie zostaje rozluźniona, sędzia nie musi właściwie nic nikomu tłumaczyć, Jenkinson odchodzi w bok i rzut wolny właściwie zostaje zakończony. Da się? Da się. Niegdyś Robbie Fowler chciał jasno dać do zrozumienia sędziemu, że nie był faulowany w polu karnym, później Miroslav Klose zdobył gola ręką i przyznał się sędziemu. Iker Casillas prosił sędziów aby zakończyli mękę Włochów gwiżdżąc koniec meczu, proste gesty, które w większości pojawiają się na boisku wtedy, kiedy ekipa prowadzi, jednak miło na to popatrzeć. Mark Noble pokazał również, że opaska kapitana to jednak ciężar, który nie każdy może dźwigać a przykład sytuacji z Jenkinsonem pokazał, że świetnie się do tego nadaje. Carragher niegdyś prawie zagryzł Arbeloe za popełniony błąd w obronie. Gerrard krzyczał na partnerów na boisku. Vieira potrafił ustawić swoich kolegów tak, aby posłusznie wykonywali jego polecenia a Cantona wiedział jak się zachować w poszczególnych sytuacjach (no, może nie zawsze). Takie zachowania powinny być pokazywane znacznie częściej niż te, o których znacznie częściej mówimy. Czy coś poszło w złym kierunku? Tak. I nie chodzi mi tutaj o zachowania poszczególnych zawodników, ale przede wszystkim kibiców.

Kibice to specyficzna grupa ludzi, która przeważnie nie może wpłynąć na losy wydarzeń na boisku, ale gdy sytuacja wymyka się spod kontroli, są gotowi do działania. Zawsze i wszędzie. Kibice potrafią uratować klub przed upadkiem (Hearts) obudzić się po przerwie i powrócić na mapę piłki nożnej (Wimbledon) czy nie opuścić klubu po okropnych kilku latach (wiecie o kim mówię). Jest jednak coś jeszcze, co wyróżnia kibiców na tle wszystkich innych ludzi. Są pamiętliwi. Rozmawiałem w przeszłości z kibicem Lazio, klubu znanego ze swoich tradycji, niekoniecznie idących w demokrację. Szybko sprowadził mnie na ziemię, że prędzej wybaczyłby zdradę własnej kobiecie, niż piłkarzowi. Rozumiecie? Kibice kochają swój klub, czasami wręcz fanatycznie.

Pamiętacie zapewne sytuację z Luisem Figo, który został poczęstowany świńskim ryjem. Nawet piłkarz o takiej reputacji, klasy i karierze śmiało może zostać znienawidzony przez tłum. Może, bo kibice nie znają granic wstydu, chamstwa, nienawiści bo w większości przypadków żyją chwilą, nie patrząc co będzie jutro. Nie mówiąc o dalekiej przyszłości. Wiecie już zapewne do czego zmierzam. Puentą tej zapowiedzi będą dwa słowa – Mathieu Valbuena. Tak jest, po raz pierwszy na blogu zdecydowałem się napisać o Ligue 1. I to za sprawą, a jakże kibiców.

Mecz Marsylii z Lyonem był świetny pod kątem czysto piłkarskim.  Jedenastka, czerwona kartka, dwie bramki, mnóstwo emocji i dziesiątki ciekawych akcji uczyniły ten mecz spektaklem. W teatrze jednak czasem trafi się jakiś cham, który nie powinien w ogóle wejść do tego miejsca. Wiem, że zostanę zlinczowany przez fanów Marsylii, ale tak właśnie nazwę ich fanów. Chamstwo, bo tak można nazwać ich zachowanie w stosunku do piłkarza, który niemalże został uznany przez nich wcześniej legendą. Valbuena zrobił dla klubu bardzo dużo, zwłaszcza w czasach, kiedy PSG i inne bogate kluby budowały swoją reputację w błyskawicznym czasie. Odszedł do Rosji chcąc bardziej zarobić niż zrobił karierę, ale mu się nie udało i powrócił… do Lyonu. Rozumiem. Odwieczny rywal, cios w policzek albo nawet w serce. Nóż w plecach. Jednak pamiętajmy, że nie zrobił tego od razu. Nie złożył transfer request, czy też nie odszedł jak Ashley Cole czy Fernando Torres. Odszedł bo zgłosił się po niego klub, który chciał się po prostu wzmocnić.

Kibice zaczęli gwizdać, buczeć, rzucać butelkami i żeby było tego mało, najpierw pokazali transparent mówiący o zdradzie a później kamery uchwyciły wiszącą na sznurze maskotkę ze zdjęciem Valbueny. Sam piłkarz stwierdził, że wiele w piłce nożnej widział i słyszał, jednak  nie spodziewał się aż tak gniewnego powitania. Głównie przez fakt, że w klubie zrobił naprawdę dużo, wydaje mi się zachowanie kibiców Marsylii nie na miejscu. I znowu przypomnę. Na meczach pojawiają się dzieci i osoby młode. Piłka nożna powinna wychowywać pokolenia a nie uczyć ich skrajnych, nienawistnych zachowań. Cóż zrobić. Musimy z tym żyć, jednak w dalszym ciągu pokazuje to miejsce, w którym póki co jest piłka nożna. Nie potrafi radzić sobie z kibicami, bo są oni ludźmi, którzy naprawdę działają instynktownie. Kochają swoje drużyny i zawsze pragną dobrego. Czasem robią rzeczy, które ciągną się za nimi latami  vide Heysel, ale koniec końców bez nich nie byłoby nigdy piłki nożnej. Chyba bezpieczniej po prostu będzie mówić zawodnikom za każdym razem, aby uważniej wybierali kluby. Bo nie wiadomo do końca, co jeszcze wymyślą fani.

PS  Oglądacie może czasem wyniki League One? Przypuszczam, że nie. Peterborough United w ciągu dwóch sezonów ma już trzeciego menadżera. Cierpliwości tam nie mają, podobnie jak u nas. Kiedyś pisałem, że Lech zwalniając Rumaka będzie miał kiedyś jeszcze gorzej. Trafiłem. Boję się, że Graham Westley podzieli los swoich poprzedników, ale kto wie. Może akurat będzie inaczej? Czas pokaże, bo kibice Posh też już powoli tracą swoją cierpliwość.