Jest rok 2004, dokładnie 29 marca. Daleko do stadionu nie mam, lecz biletów kupić się nie dało. Siedzę więc w domu, obok siedzi tata i przełącza kanały na pilocie, bo jeszcze lecą reklamy a za meczowym studiem nigdy zbytnio nie przepadał. Za moment Polska ma zagrać mecz z Węgrami w eliminacjach mistrzostw Europy. Wiadomo, nie były to eliminacje udane, ale jednak kilka dobrych spotkań można było zaobserwować. W każdym razie mając 11 lat nie do końca kojarzyłem gdzie leżą Węgry ani nawet co to za drużyna. Tata nie znał za wielu piłkarzy z tamtejszej reprezentacji Madziarów. Cóż, znaliśmy w sumie tylko Polaków a sześciu z nich reprezentowało wtedy polską ligę. Czterech co ciekawsze grało w barwach Wisły Kraków. Jedynie Dawidowski reprezentował Amice,  a Zając Dyskobolię. Czasy się jednak zmieniły…

2003 HUN

Do rzeczy. Czekamy na ten mecz i nagle pada pytanie czy słyszałem kiedyś o złotej reprezentacji Węgier. O czym?! Szczerze mówiąc myślałem wtedy, że kraj jest powierzchni mojego pokoju i biegają tam owce, cóż, mały byłem. W każdym razie tata zabrał mnie w podróż do lat wcześniejszych, gdzie Węgry rządziły światowym futbolem. Pozwolę sobie teraz zabrać Was w tę samą podróż. Niektóre zdania mogą być zmienione na potrzeby cenzury.

„Tak, była taka reprezentacja i wtedy każdy się ich bał. W Węgrzech grał wtedy taki zawodnik – Ferenc Puskas, co to był za zawodnik. Każdy chciał grać tak jak on. Dodatkowo Czibor, ten też był dobry. Węgry grały z Anglią i pokazali Anglikom jak należy grać w piłkę.” Tutaj mógłbym pokusić się o zastosowanie ulubionego zdania Simeone – Węgry wtedy uprawiały futbol. Prawdziwy futbol. Koniec końców Węgry przez cztery lata były niepokonane a przegrać musieli dopiero w, na ironię losu, najważniejszym meczu, w finale mistrzostw świata.  Siedziałem i słuchałem dalej tej pasjonującej opowieści o Węgrach, a w fotel wrzuciło mnie wtedy, kiedy jednym tchem tata zaczął wymieniać skład tamtej reprezentacji.

„W bramce bodajże Grosics, potem Buzanszky, Lorant, Lantos. Idziemy dalej. Chwila zastanowienia i… Bozsik, Zakarias, Czibor, Kocsis, Hidegktuti, Puskas, Tóth. RFN było jednak lepsze i koniec końców wygrało finał w Szwajcarii. Tamci też mieli pakę. Węgry jednak podobały się wszystkim bardziej. Wprowadzili coś nowego, ośmieszyli synów Albionu, nikt nie potrafił ich pokonać. Potem wszystko się skończyło i teraz nie ma już takich nazwisk jak wtedy. A ten Puskas. Takiego drugiego już nie będzie”.

Muszę tutaj dodać jedną rzecz. Mój tata wtedy nie miał prawa widzieć tego meczu, bo na świat przyszedł w 1961 roku. Wystarczyło jednak mieć dziadka, który wszystkim go zaraził po to, aby ta wiedza przeszła na kolejne pokolenie. Właśnie wtedy zostałem zarażony poznawaniem historii piłki nożnej, chociaż było to bardzo trudne, bo Internetu nie miałem, w gazetach mało się o historii pisało a inne źródła też nie pomagały. Pozostał zatem tata, który potrafił czasem zmienić historię, tak jak wtedy kiedy stwierdził, że pokonał Bońka w żonglerce, ale cóż. Nie miałem jak tego zweryfikować. Byłem okropnie głodny tej wiedzy i poznania kolejnych piłkarzy. Przynajmniej poznałem znaczenie słowa Aranycsapat. Wszystkim młodym mogę dzisiaj polecić nie tylko korzystanie z Internetu, ale przede wszystkim czytanie książki „Moja historia futbolu” Stefana Szczepłka, bo to prawdziwa kopalnia wiedzy i historii, dodatkowo okraszona mnóstwem ciekawostek i fenomenalnych zdjęć.

284516_gyozelmet_gyozelemre_halmozott_az_aranycsapat

Podczas meczu poznałem magiczny rok 1974, gdzie Polacy zdobyli trzecie miejsce na świecie, potem kolejne sukcesy naszej reprezentacji. Poznałem znaczenie nazwy „Orły Górskiego” oraz to, dlaczego wszyscy tak wiele o nim mówili. Mogłem poznać historie Deyny, Bońka, Szarmacha oraz wszystkich innych. Wreszcie tata powiedział, dlaczego wszyscy znajomi mówili do niego Chivers. Swoją drogą o tym zawodniku też muszę kiedyś napisać, bo mało kto go zna, a dobry to on był.

Lata minęły. Historię poznałem w znacznie większym stopniu a i Zbigniew Boniek, jak się okazało wcale z moim tatą nie żonglował. Dzisiaj jest znacznie łatwiej o takie informacje i chyba jest to drobna wada tego wszystkiego. Jestem romantykiem futbolu, uwielbiam różne historię i uwielbiam rozmawiać o piłce nożnej z ludźmi znacznie starszymi ode mnie. Nawet jeśli jest w tym czasem odrobina kolorystyki, to przecież chodzi o pasję. Pasję, z którą człowiek potrafi mówić o tak prostej rzeczy, jaką jest piłka nożna. To jest w tym właśnie piękne. Czasy jednak mijają, dzisiaj mało kto potrafi przekazać drugiemu taką wiedzę, bo coraz rzadziej rozmawiamy na takie tematy. Przecież jest Internet. „Sprawdź sobie”, taką odpowiedź można usłyszeć, kiedy czegoś się szuka. Znacznie brakuje mi takich rozmów, a i czasem wręcz odpływam w przeszłość, kiedy pomimo tego, że były problemy, futbol je rozwiązywał. Polska tamten mecz zremisowała bezbramkowo, ale ja wygrałem. Wygrałem wiedzę na temat futbolu i poznałem znacznie więcej niż mogłoby się wydawać.

Paręnaście lat później jeżdżąc autobusem do pracy na nocną zmianę czytałem książkę. Oczywiście poświęconą piłce nożnej. „Wielki Widzew”, który też polecam okazał się kolejną magiczną lekturą. Trafiłem również w gust pewnego starszego pana, który bacznie przyglądał się jak lecą kolejne kartki. Jeździliśmy razem w tym samym kierunku dobre kilka tygodni aż wreszcie zagadał na przystanku. Zapytał czy może usiąść obok, bo widzi, że interesuję się piłką nożną. Starszy pan jak się później okazało miał już 89 lat, swoje przeżył, wielu ludziom starał się pomóc a na koniec został sam bo wnukowie oraz dzieci opuściły kraj. Zaczął z pasją opowiadać o czasach międzywojennych, kiedy piłka nożna była odskocznią od tego co działo się na świecie. Historię stadionu śląskiego znał na pamięć, od pierwszej do ostatniej … cegły. Wiele wyników, setki nazwisk, nawet sędziów znał! Pochłonęło mnie to, jednak pewnego dnia starszego pana nie było na przystanku. Po dwóch tygodniach dowiedziałem się, że jego piłkarska droga zakończyła się zawieszeniem butów, na tym najwyższym – niebieskim kołku. Odszedł, a ja zostałem nadal głody historii. Uwierzcie mi, nawet jak coś przeczytacie, to nie porwie Was to tak, jak usłyszenie tego od kogoś innego. Dlatego rozmawiajcie na takie tematy. W tym jest moc!

gabor-kiraly_25006400

Wracam dzisiaj, po kolejnych kilku latach do oglądania kolejnego meczu Węgrów, tym razem w Mistrzostwach Europy i co widzę? Awans z fazy grupowej. Świetny mecz z Portugalią i festiwal strzelecki. Dodatkowo kolorytu dodaje bramkarz z długimi spodniami, znany wszystkim doskonale  – Gábor Ferenc Király. I wprawia wszystkich w ekstazę bawiąc się z piłką i wykonując jeden z najciekawszych tricków piłkarskich a’la Thierry Henry. Wspomnienia powracają, serce bije mocniej a piłka nożna znowu tworzy romantyzm. Można mówić wiele o reprezentacji Islandii. Można chwalić kadrę Albanii czy cieszyć się z gry Irlandii. Ja zawsze będę jednak cholernie zadowolony ze zwycięstw Węgierskiej reprezentacji. Pomimo, że wtedy ich kadra skupiała się na największych klubach z kraju, a teraz jest zupełnie inaczej.  Wystarczy dodać, że aż pięciu zawodników szerokiej kadry reprezentuje polskie boiska. Nemanja Nikolić, Gergo Lovrencsics, Adam Gyurcso, Richard Guzmics i Tamas Kadar, to właśnie oni. Widać, że wiele się zmieniło na przestrzeni lat.

Nie zmieniło się jednak jedno. Kocham swojego tatę. Wszystkiego najlepszego z okazji dnia ojca! Dziękuje za te wszystkie opowieści!