Możecie, a właściwie możemy przeczytać książki takie jak „FIFA mafia”, „Futbol obnażony” czy „Agent”, ale piłka nożna będzie nas zaskakiwać każdego dnia. A to wynik zaskakujący, a to piłkarz dostał kontuzji na treningu czy chociażby okaże się, że klub podwyższył ceny biletów. To wszystko to jednak nic. Pewnego dnia, kiedy tak naprawdę wydaje się, że nic nie może się wydarzyć okazuje się, że los ma dla nas prawdziwą niespodziankę. Ha, okazuje się, że dziennikarze (ci sami, którzy przeważnie są wyśmiewani, obrażani i znoszą poniżenia ze strony osób trzecich) doszli do sedna jednej z być może najgłośniejszych spraw w historii angielskiego futbolu.

Big Sam, jak się okazało popełnił największy a zarazem najmniejszy błąd w swoim dotychczasowym życiu. Próba bycia pazernym tym razem nie opłaciła się zupełnie a powiedzenie, że czasem lepiej mieć uczciwie zarobiony tysiąc aniżeli skradziony milion jest całkiem sensowne w tej sytuacji. Okej, mogę zrozumieć jego alibi. Chciał zarobić więcej niż miał obecne, młody już nie jest, stanowisko menadżera w dobrym klubie raczej niemożliwe, a kadra żyje swoim życiem. Kilka gorszych wyników i już posypią się plotki o zwolnieniu. Nic więc dziwnego, że w tak niestabilnej sytuacji, w momencie kiedy zarabia się kilka milionów rocznie trzeba było szukać dodatkowego dochodu. A, że akurat zjawił się ktoś, kto chciał pomóc dorobić do emerytury? Czemu nie!

Odpowiedzi są jednak prostsze niż się niektórym może wydawać. Chytry dwa razy traci? Bzdura. Traci wiele więcej. Jednak nie mówmy teraz o tym co wielki Sam Allardyce stracił. Pomówmy o tym jak mógł tego wszystkiego uniknąć i nadal zarabiać marne kilka milionów rocznie. Przede wszystkim jako osoba dobrze znana w szerokim środowisku i pełniąca tak zacną posadę jak bycie szkoleniowcem Anglii mógł, a raczej powinien przewidzieć, że takie machlojki nie są wskazane i zawsze trzeba być czujnym. Możemy czytać w książkach o rekinach finansjery, które znajdą zawsze sposób, żeby obejść prawo i zarobić coś na lewo, ale w realnym świecie prędzej czy później wpadają. A to przez niedopatrzenie, a to przez błąd. Cóż. W tym przypadku można powiedzieć, że Big Sam jest mądrym człowiekiem, uczciwie chciał doradzić co i jak należy zrobić, aby zawodnika kupić, sprzedać, zarobić na transferze. Oczywiście w tych czasach, kiedy nawet Financial Fair Play nic nie znaczy a układy podczas transakcji są na porządku dziennym,  to jednak należałoby spojrzeć na parę spraw z innej perspektywy. Co jest do stracenia to najważniejsza kwestia.

W dniu dzisiejszym można powiedzieć, że została napisana nowa karta w historii angielskiego futbolu. Znany menadżer, prowadzący niegdyś niezłe kluby w Premier League okazuje się oszustem. Pluje w twarz związkowi, zasadom panującym w kraju oraz swoim kibicom. Robi sobie jaja z ogólnie przestrzeganych reguł, bo twierdzi, że może. I w ten oto sposób przechodzi podwójnie do historii. Jeden mecz rozegrany jako selekcjoner. Jeden wygrany, dodatkowo z czystym kontem, kiedy przeciwnik kończy w osłabieniu. Rekord, wydaje się być nie do pobicia, tak jak nie do pobicia mógł wydawać się do niedawna Big Sam.

No i trzeba pamiętać o najważniejszym w kontekście przejścia do historii. Wszystko co dobre było do tej pory związane z Big Samem, dzisiaj jest już historią. Może nie miał wielkich trofeów, ale w niektórych zespołach dobrze o nim mówią. Znany ze swoim ostrych metod kilka klubów uratował. Oczywiście z kilkoma mu w ogóle nie wyszło, ale cóż zrobić. Pamiętacie aferę dopingową z Lancem Armstrong’iem? Tak, tym słynnym kolarzem, który jak się okazało swoje trofea zawdzięczał w głównej mierze dopingowi.  Cóż. Koniec końców zdyskwalifikowano go dożywotnio z uprawiania sportu, dodatkowo odbierając trofea i sukcesy. Jedno obu panów łączy. Po wszystkim przyznali się do swoich błędów, przeprosili i życie leci dalej… Otóż nie. I tu jest problem.

FA oczywiście wywaliła selekcjonera na zbity pysk, ale czy zrobi coś dalej? Wątpliwe. Trofeów odebrać nie może, zgadnijcie dlaczego. Oczywiście Big Sam już raczej karierę zakończył definitywnie i ewentualnie może zabrać się za pisanie książki „Jak oszukałem Anglików”. Nie wiem czy pozostanie mu cokolwiek innego. Szkoda jedynie tego, że to wszystko wychodzi na jaw w momencie, kiedy angielski futbol, wydawać by się mogło, ruszył do przodu. Można by rzec, że sporo się poprawiło. Piłkarsko co prawda nadal w najważniejszych momentach Anglicy nie dają rady, ale są kwestie, w których są na pierwszym miejscu. Największe pieniądze z praw telewizyjnych, największe nazwiska na boisku jak i na ławce trenerskiej. Guardiola, Conte, Klopp, dodaj Arsena „nigdy mnie nie wyleją Wengera” oraz mistrzowskie, nadal romantyczne Leicester City i masz całkiem spory zapas szczęścia. Szczęście to móc oglądać tydzień w tydzień właśnie takie nazwiska. Nawet w Lidze Mistrzów nie idzie tak tragicznie. Lester wygrywa drugi mecz z rzędu, zdarzają się wpadki, ale kto ich nie ma? Jak widać sporo się zmienia, poza jednym.

Anglię znowu musiał prowadzić kretyn.

Ten przynajmniej nie miał wady wymowy. 1

 

 

 

 

1W żadnym wypadku nie chodzi o obrażenie Roya Hogdsona. Przytaczam tylko to, z czego żartował Big Sam. Cóż, teraz mogą pożartować sobie razem.