Nie to nie będzie tekst o Liverpoolu. Nie to nie będzie krytyka czy też bronienie Rodgersa. Dziś bronię się ja sam, przed smutkiem. Wielu fanów The Reds jak i innych klubów doskonale mnie dzisiaj i jutro zrozumie. Zrozumie, bo niektórzy przeżyli w swoim życiu wiele takich sytuacji. Strata kogoś bliskiego, pustka. Uczucie, które jest nie do opisania jak w momencie straty kogoś z rodziny. Nie, nie przesadzam. Traci rodzina, wielka, czerwona rodzina Liverpoolu. A kogo traci? Jednego z największych synów tejże familii. Jamiego Caraghera. Jak to jest, że ktoś taki kończy karierę?

Mógłbym opisać za co go uwielbiam, ile spotkań rozegrał lecz nie jest to potrzebne, bo każdy fan klubu z Anfield powie wam to samo. Wielbi się Jamiego za walkę, charakter, motywacje. Skurcze? Nie istnieją podczas finału Ligi Mistrzów. Złamana noga nie ma prawa bytu w czasie ligowych spotkań, a kontuzje są po to żeby je pokonać. „Nie muszę być  w stu procentach przygotowany żeby grać, muszę być w stu procentach osłabiony, żeby nie grać”. Zdanie, które chyba najdobitniej pokazuje charakter jednej z największych legend The Kop. Co jest jednak najgorsze od 19.05.2013 nie będzie już grającą legendą jak Steven Gerrard. Odejdzie, a wraz z nim odejdzie jakaś cząstka mnie, być może także cząstka Liverpoolu i powietrza, które unosi się nad miastem.

Na pewno to będzie ta „ostatnia niedziela”. Na pewno wygrana nie będzie pierwszy raz cieszyć tak jak zawsze. Końce sezonu od kilku lat są tylko głębokim oddechem po trudnym sezonie. Jednak w tym roku częściej się cieszyłem niż smuciłem, także oddech nie będzie tak trudny i głęboki. Od kilku lat zawsze po ostatnim meczu ligowym czekałem na okno transferowe i żyłem nadzieją na nowy sezon. Teraz będzie tak samo, zwłaszcza, że naprawdę wszystko nakazuje mi wierzyć w to, że przełom nastąpi po wakacjach. Mam znowu nadzieje, że uda się powrócić na dobre do Ligi Mistrzów. Zresztą kiedyś w końcu trzeba.

Nie chciałem jednak skupiać się ani na Liverpoolu, ani na tym sezonie. Ogólnie chciałem nawet pominąć Carraghera ale jest to okropnie trudne. Nie można w tej sytuacji go pominąć, choć chyba nawet on sam, nie wie jak  będzie wyglądało życie bez widoku piłkarza z 23 na plecach. Zastanawiam się jak będzie wyglądał skład bez Jamiego, kto go zastąpi i czy jeszcze kiedykolwiek narodzi się taka legenda w środku obrony jak on. Może jego syn? Czas pokaże.

Niestety czas pokazał, że nic nie trwa wiecznie i naprawdę chciałbym nudnego widowiska jutro z QPR. Mecz by się dłużył, a ja widziałbym cały czas piłkarza, którego podziwiam pod każdym względem. Za wolę walki, za chęci, za to jakim jest człowiekiem. Coś umiera. Nie wiem czy tylko u mnie, ale na pewno przez jeden dzień Liverpool będzie smutnym miastem.

Nie żyję długo na świecie, także nie mogę powiedzieć, żebym widział dużo zakończonych karier, ale dwie utknęły mi w pamięci. Jerzy Dudek gdy oświadczył, że kończy z futbolem od razu przypomniał mi Stambuł, a Sami Hyypia swoim odejściem przypomniał mi gola przeciwko Juventusowi oraz Arsenalowi w LM. Myślałem wtedy, że nikt nie może zakończyć kariery w ciągu kilku następnych lat, a tym bardziej nie myślałem, że będzie to Carra. Całym sercem wierzyłem i trzymałem kciuki za niego, żeby był piłkarzem, który wystąpił najwięcej razy w barwach klubu, ale ta korona już chyba nigdy nie zostanie odebrana (jak Tyś to zrobił Callaghan?!).

Będzie mi brakowało Carry na pewno z tego powodu, że jestem starszy, bardziej rozumiem niektóre sprawy i do takich sytuacji podchodzę poważniej. To będzie trudne rozstanie. „Między mną a Liverpoolem trwa romans, który trwa i nigdy się nie skończy”. Tak zostanie. Tak też będzie w tym przypadku. Carragher naświetlił swoją karierą drogę, którą może przejdzie kiedyś ktoś inny. Mam nadzieje, że będzie to kolejny wychowanek i tak samo jak Jamie będzie waleczny itp. Sam Carra jest jednak nie zastąpiony.

Kiedyś rozmawiałem z pewnym starszym panem, który żył w czasach kiedy Liverpool odnosił wielkie sukcesy, a w klubie grał wtedy Kenny Dalglish. Powiedział mi, że chciałby, żebym dożył takich czasów jak on i że cudownie byłoby żeby Kenny znowu poprowadził klub. Jak sam stwierdził w późniejszym etapie rozmowy – „ale Ty tego synku zapewne nie dożyjesz i nie przeżyjesz, a szkoda”. Dożyłem, przeżyłem! Fakt, to było cudowne uczucie, chociaż niestety nic z tego nie mamy (poza pucharem Ligi, który wiadomo jak został wygrany). Teraz ja chciałbym żeby ktoś za kilkanaście lat powiedział mi to samo, co ja mówię wam dzisiaj. Żyłem w czasach kiedy był ktoś taki jak Jamie Carragher. Człowiek, który lojalność cenił bardziej od pieniędzy, ktoś dla kogo Liverpool to nie był zwykły klub. Okazja na zarobienie pieniędzy i szczycenie się, że grało się kiedyś dla The Reds. Nie, Carragher to ktoś większy, on jest i zawsze będzie ponad tym wszystkim co w dzisiejszym futbolu złe. I jeśli moja prośba o zobaczeniu Kenny’ego się sprawdziła, to niech ta też kiedyś spełni…