Bycie kibicem jest trudne samo w sobie, to wie każdy. Od kilku dobrych sezonów obserwuję, że kibice Liverpoolu mają znacznie więcej zmartwień od pozostałych. Muszą oni bowiem doradzać właścicielom klubu kogo zatrudnić na stanowisku menadżera, doradzać kto byłby lepszym asystentem no i przede wszystkim kogo powinien kupić wybrany przez nich menadżer. Tutaj zawsze, okienko w okienko kibice dzielą się na trzy obozy (właściwie na siedemnaście, ale te trzy są najważniejsze). Pierwszy obóz to specjaliści w każdym calu, krytycy każdego transferu, który nie jest przygotowany „na już”. Oni wiedzą, że ich klub jest atrakcyjny, pomimo tego, że nie jest i do ich klubu przyjdzie każdy o kim tylko zamarzą, no a najgorzej jak o ich marzeniu pojawi się plotka transferowa. Wtedy karuzela kręci się szybciej. Szybciej, bo rusza atak – atakują wszystkich, którzy twierdzą, że piłkarz X nie przyjdzie, ponieważ ma lepszą alternatywę. „Przecież to niemożliwe!” Te zdanie możecie usłyszeć od hura optymistów, którzy co sezon wierzą w mistrzostwo tak długo, że nawet matematyka odpuszcza wcześniej.

Dlatego lepiej czasem być w drugim obozie. Tam nie ma specjalistów, a wierzyciele. Oni wierzą, że nowy nabytek, nawet jeśli nieznany okaże się trafionym zakupem. Oni nie kłócą się z nikim, nie wchodzą w niepotrzebne dyskusję. Używają jednak równie głupiego argumentu. „Przecież może zostać gwiazdą”. Owszem, jest to w miarę sensowne i w wielu przypadkach prawdziwe twierdzenie, ale umówmy się – jeśli do zespołu przychodzi 36 latek to raczej pierwszych skrzypiec grać nie będzie. Z drugiej strony młodych zawodników może zjeść presja i sztuczne namawianie wszystkich dookoła o tym, że zostanie świetnym graczem za 17 lat jest bezsensu. Cóż. Ten obóz i tak jest znacznie bezpieczniejszy bo bardziej wycofany. Można by rzec – taki defensywny pomocnik. Obserwuje wszystko z boku, a gdy trzeba robi to co należy. No, czasem to czego nie należy, ale przecież nawet najlepsi popełniają głupie błędy. Idziemy do trzeciego obozu.

Połączenie dwóch powyższych. Wiecie o kim mówię? Tak – statystycy. Mistrzowie analiz każdej maści, taktycy, którzy wiedzą, że ich świetne kariery w football managerze mają odbicie w rzeczywistości, która przecież wielokrotnie im zadawała ból. O tym, że statystyki są bardzo ważne w futbolu mówić nikomu nie trzeba, ale poświęcanie się wyłącznie im w kontekście nowego piłkarza mija się z celem. Wiem co mówię, dokonywałem analizy transferów Liverpoolu za kadencji Brendana Rodgersa i popełniłem wszędzie błędy. Później napisałem artykuł, że Benteke pasuje idealnie do koncepcji menadżera a jeszcze wcześniej stwierdziłem, że Moses może być tak samo dobry jak swego czasu Barnes. Mniej więcej tak wyglądają teraz inni, którzy oceniają nowe transfery na podstawie tego, że w 38 spotkaniach piłkarz Y zanotował dziewięć asyst z czego siedem z 48 metrów. Jest to cenna informacja pokazująca dwie rzeczy. Pierwsza to fakt, że piłkarz potrafi zagrać długą piłkę, druga to taka, że prawdopodobnie posyła w czasie meczu siedemnaście takich piłek z czego ¾ nie trafiają tam gdzie trzeba. Coś za coś. W dzisiejszych czasach prawdopodobnie każdy z Was należy do któregoś z tych obozów i po prawdzie każdy jest zły. Dlaczego? Już wyjaśniam.

W wielu przypadkach rzeczywistość jest gorsza niż nasze piękne sny o mistrzostwie. Wiele klubów stało się mniej atrakcyjnymi niż było dwadzieścia lat temu a do niektórych piłkarzy nie przemawia nawet argument zarabiania wielkich pieniędzy. Są jeszcze piłkarze, którzy mają aspiracje i twierdzą, że chcą walczyć o swoje miejsce w aktualnym klubie, gdzie są Europejskie rozgrywki. Wiecie dlaczego wielu piłkarzy odrzuciło transfer do Liverpoolu? Bo nie był to dla nich atrakcyjny kierunek i nawet jeśli Klopp powie, że chce posiadać tylko tych, którzy są wstanie walczyć to nie przyjdą dla tego gwiazdy. Przyjdą tacy, którzy stwierdzą, że ten klub jest dla nich okej. Nie spodziewajcie się wielkich nazwisk. Znanych może prędzej.

Zostawmy jednak klub i te ciągłe narzekanie. Jest przecież Euro. I tutaj znowu pojawiają się ciekawe przypadki kibiców, którzy nie do końca wiedzą o co w tym wszystkich chodzi. My Polacy potrafimy pompować balonik, potem również potrafimy świetnie odnaleźć się w krytyce wszystkiego i wszystkich. Memy o Miliku jako tym, który dał remis Niemcom były żenujące, ale Polak często zapomina o tym co dobre, a rozpamiętuje to co złe. Cóż zrobić taki naród. Nawet jeśli Polacy awansują do kolejnej fazy (pucharowej!) to przecież i tak odpadniemy z następnym przeciwnikiem. Po co w ogóle grać? Jeden mecz więcej i do domu. W większości przypadków można zaobserwować takie myślenie i całe szczęście, że wreszcie jest kadra, która nie tylko mówi, ale i wykonuje. Cieszę się tym bardziej, bo jako jeden z pierwszych chwaliłem decyzje o zatrudnieniu właśnie Nawałki. Chociaż w tym przypadku się nie pomyliłem. Mamy świetną reprezentacje, biorąc pod uwagę mecze to naprawdę może się to podobać i tak długo jak jest się w grze, tak długo trzeba celować w zwycięstwa. Inaczej nigdy nic się nie wygra.

Nie tylko my jednak potrafimy żyć przeszłością i na każdym kroku wspominać o Wembley czy trzecim miejscu na świecie. Zaobserwujcie Anglików. Media robią tam szalone rzeczy, co impreza twierdząc, że to właśnie ten moment i ta drużyna. I pomimo kadry, która prezentuje się bardzo dobrze, a czasem wręcz świetnie, nie pokazują nic na wielkich imprezach. A później zaczyna się nagonka na nowo, czyli obraźmy wszystkich, znajdźmy kozła ofiarnego i co najważniejsze – wywalmy trenera. A jeśli związek się z nami nie zgadza, to na następnym meczu wyzywajmy również związkowców. O tak. Piękne jest życie kibica.

Młodzi kibice często marzą, bo czasem tylko to im zostało. Oczywiście przed Euro twierdziliśmy, że awans to powinna być formalność. Czemu zatem teraz wiele osób widzi szybki powrót do domu w fazie pucharowej? Trzeźwo patrząc jest szansa na trafienie przeciwnika, który nie będzie o wiele lepszy na papierze od nas. Dlatego zalecam spokój i czekanie na kolejny mecz a nie przepowiadanie przyszłości, która bynajmniej nie mieni się w kolorowych barwach.  Im więcej widzę kibiców wierzących w realny sukces, tym częściej zauważam, że pojawia się masa tych, którzy chcą stłamsić to sensowne myślenie. Można wrócić do piłki klubowej i przypomnieć, że Liverpool przegrał dwa finały i może lepiej było się nie nakręcać, ale przecież oba spotkania mogły być wygrane. W finale w Bazylei na szczęście głównym tematem był stadion a nie szanse na porażkę. O zwycięstwo mówiło się i tak znacznie mniej. Dlatego mam dziwne wrażenie, że żyjemy w czasach, kiedy pokolenia wierzących są jednocześnie pokoleniem niedowiarków. Z jednej strony chcemy mistrzostwa i pieprzymy o nim w kółko, z drugiej jak go nie zdobędziemy twierdzimy, że było to do przewidzenia. Kibic to dziwny człowiek a przecież mecz wygrywa się tylko dzięki temu, że strzeli się jeden gol więcej od przeciwnika. Swoją drogą wiecie kto jest na liście najbardziej wkurzających kibiców w Anglii?

Kto pierwszy trafi ten dostanie prezent.